Blog > Komentarze do wpisu

Wyczyny "młodego rewolucjonisty"

                               -62-

Kłopoty ze snem trwały i pogłębiały się. Jako że już tak dawno nie miałem pszychozy i uznawałem się za zdrowego nie wiedziałem co się święci i nie robiłem nic by przeciwdziałać zbliżającej się klęsce. Nadal kupowałem towary na kolejny wyjazd i uczestniczyłem w gorącym wówczas życiu politycznym. Na zajęciach uniwersyteckich siedziałem nieobecny, życząc sobie by skończyły się jak najszybciej.

Stałem się nadzwyczaj srawny fizycznie. Na treningach wygrywałem wszystkie walki w bardzo dobrym stylu. Znacznie poprawiła się mi szybkość, z którą miałem zawsze problemy. Gdy robiliśmy wypady w przód, potrzebowałem tylko trzech by przemierzyć salę w poprzek, podczas gdy moi koledzy potrzebowali pięciu lub sześciu. W końcu w nocy trenowałem coś jakby kung fu, którego przecież nie znałem i do dzisiaj nie znam. Wydawało mi się, że opatrzność swą mocą przekazała mi znajomość tej sztuki walki. Kiedy wszyscy spali ja trenowałem wykonując dziwaczne ruchy, wzorując się na filmach z Brucem Lee. Wydawało mi się, że Bóg powołał mnie do walki o niepodległą Polskę i specjalnie do tej walki wyposażył.

Na uniwersytecie zapowiadał się jakiś więc. Miałem być w służbie porządkowej. I tak się też stało. Tym razem zamiast na małym dziedzińcu studenci zgromadzili się przed bramą uniwersytecką, zajmując ulicę Krakowskie Przedmieście, prawie pod Kościół Św. Krzyża. My jako służba porządkowa staliśmy na zewnątrz tłumu, niejako opasując go. Mieliśmy biało-czerwone opaski.

Zaczął się wiec. Na górze w oknie pomieszczeń samorządu studenckiego pojawiła się dumna i zaciekła twarz Hanisza. Nie miał ochoty zejść na dół i uczestniczyć w zgromadzeniu jak każdy inny. Miałem wrażenie, że napawa się władzą, choć w tamtym momencie raczej iluzoryczną.

To co najważniejsze miało się stać po zakończeniu wiecu. Po kilku przemówieniach, które w ogóle do mnie nie dotarły z powodu rozwijającej się choroby nawoływano do rozejścia się. Tymczasem Paweł Zdrojewicz, szef opozycyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej postanowił wykorzystać zgromadzony przez NZS tłum do swojego wiecu. Tak więc chłopcy ze studenckich służb porządkowych, między innymi ja, jak pasterskie psy „naganialiśmy” ludzi do opuszczenia Krakowskiego Przedmieścia by wrócili na uniwwersytet przez bramę główną, kiedy Zdrojewicz zaczął wznosić okrzyki rozpoczynając swój więc. Był mężczyzną wysokiego wzrostu i mocnej budowie ciała, a towarzyszył mu równie wysoki osiłek.

Poczułem, że coś jest nie tak. Prawdopodobnie zezwolenie na nasz wiec wydały władze, a NZS zobowiązał się do zachowania porządku. Wiec PPS-u oznaczałby więc, że sytuacja wymknęłąby się spod kontroli. Studecka służba porządkowa nie reagowała. Podszedłem do Zdrojewicza i jego towarzysza:

- Przestańcie, to jest wiec NZS-u. - powiedziałem w miarę stanowczo jak na swoje możliwości, rozstawiając szeroko ręce, tak jak by przeszkadzały mi rozrośnięte mięśnie pleców. Byłem sporo mniejszy od swoich oponentów.

- Ha,ha, ha! Będziesz nas bił? Co?

- Gówno! - strzeliłem szybko, nie zastanawiając się nad tym co mówię. Wtedy wtrącił się kolejny chłopak z NZS-u:

- Właściwie to on ma racje. Nie powinniście robić tutaj wiecu w tej chwili. - Poparli go kolejni studenci ze służby porządkowej i Zdrojewicz wycofał się. Kilka godzin później zorganizował wiec na Placu Zamkowym, który rozproszyła milicja. Gdyby jego wiec odbył się pod uniwersytetem, na pewno swym zachowaniem doprowadzili by do wkroczenia zomo, a NZS jako organizator całej tej imprezy straciłby swoją wiarygodność w oczach władz.

Mój stan się pogarszał. Czułem się wybrańcem Boga by wybawić naród polski z niewoli komunizmu. Byłem mesjaszem zapowiadanym przez romantycznych poetów Mickiewicza i Słowackiego. To byłem ja: czterdzieści i cztery.

Po zajściu na wiecu, filmowanym przez SB, jak przypuszczałem, stałem się „ważnym” wrogiem ustroju. Zacząłem obawiać się o swoje życie. Powoli zaczęła atakować mnie mania prześladowcza.

W tym czasie, w styczniu 1989, zdarzyło mi się przechodzić wieczorem przez Plac Zamkowy. Traf chciał, że maszerował tamtędy pododdział zomo po jakiejś akcji. Szli w lużnym szyku, całą grupą. Kiedy ich mijałem krzyknąłem głośno:

- Czwórkami barany! - i rzuciłem się do ucieczki ulicą Piwną. Nikt mnie nie gonił, ale bardzo się bałem. Wąskim przejściem dotarłem do ulicy Świętojańskiej, a potem wszedłem do katedry, do jej podziemi. Tutaj dopiero uspokoiłem się i wróciłem tramwajem do akademika.

Psychoza pogłębiała się. Ześwirowałem kompletnie. Gdy byłem w towarzystwie kolegów studentów kazałem chwytać się za rękę po czym wykonywałem pad yoko-ukemi na chodniku przed Pałacem Kazimierzowskim. Udając w ten sposób, że to kolega, który trzymał mnie za rękę wykonał na mnie rzut zakończony wywinięciem „orła”, czyli padem yoko-ukemi.

Żeby zrekompensować sobie zawód po utracie Zosi „dostawiałem” się do każdej dziewczyny, z którą rozmawiałem. Stawiałem je w trudnej sytuacji. Na szczęście, ze względu na mój stan, żadnej z nich nie udało mi się poderwać.

W przeddzień kolejnego happeningu, który miał odbyć się o godzinie piętnastej na zapleczu Domów Centrum, udałem się do kina na Grochowie by zobaczyć film „Pechowiec” z Gerardem Depardieu w jednej z głównych ról. Za mną siedziało dwóch łobuziaków z Pragi. Podczas jednej ze scen walki, kiedy Gerard Depardieu rozprawiał się ze swoim przeciwnikiem, jeden z chłopaków siedzących za mną wyrzucił:

- Teraz z bani go! - i rzeczywiście w tej samej chwili aktor uderzył swojego oponenta głową. Prażanin musiał „znać się na rzeczy” i właściwie odczytał ruchy walczącego.

Kiedy wychodziliśmy z kina, gdy wokół nas nie było już nikogo zaczepiłem dwóch chłopaków:

- Ty, dobry jesteś, wiedziałeś że uderzy głową. - Zdziwili się, że do nich mówię. Potem dodałem:

- Jutro za Domami Centrum coś będzie się działo. Będzie dużo milicji. Niech przyjdą najlepsze chłopaki z Pragi, tylko pamiętajcie najlepsi!

Moi rozmówcy zdziwili się, a ja na odchodnym zrobiłem coś, czym zaskoczyłem również samego siebie. Prawą ręką pacnąłem jednego z chłopaków przyjacielsko w nos, a lewą nogą wykonałem kopnięcie proste z obrotu (ushiro geri) i trafiłem drugiego z chłopaków delikatnie w brzuch. Zrobiłem to tak szybko, że nie zdąrzyli zareagować. Następnie oddaliłem się w stronę akademika. Widziałem tylko jak dwaj prażanie rzucili się do biegu i zginęli w ciemnościach.

Nastepnego dnia przed piętnastą udałem się na zaplecze Domów Centrum. Byłem oczywiście po nie przespanej nocy, którejś z rzędu. Nie miałem siły i poruszałem się bardzo wolno, jak na filmie w zwolnionym tempie, oddychając głęboko. Siadłem na murku udając, że śpię. Obserwowałem co się dzieje.

Rzeczywiście pojawiło się wielu młodych chłopaków, których fizjonomie niekoniecznie wskazywały na zainteresowania intelektualne. Prawdopodobnie nie byli studentami. Zaczęła się rozruba, w której radzili sobie bardzo dobrze. Milicja była niemalże bezradna. W końcu chłopcy wdrapywali się na coś w rodzaju betonowych palisad przykrytych drabinkami, które wtedy „przyozdabiały” to miejsce. Stamtąd wznosili okrzyki i mieli milicję gdzieś, ponieważ żaden z funkcjonariuszy nie miał ochoty wspinać się, by ich ściągnąć na ziemię. Happening skończył się w sposób naturalny i wyruszyłem do akademika.

Po wyjściu z autobusu szedłem najkrótszą drogą w stronę ulicy Kickiego, tą drogą, z której korzystali wszyscy studenci. Na rogu jednej z ulic stał chłopak, ten od „bani' Gerarda Depardieu. Był bardzo zdenerwowany i przestraszony. Nie pokazałam, że go znam, a kiedy go mijałem rzuciłem cicho:

- Dobrze było. - i poszedłem dalej.

Nigdy więcej tego chłopca nie spotkałem.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

czwartek, 15 stycznia 2015, slawekk1965

Polecane wpisy

Komentarze
2017/12/05 19:28:10
Ćwiczenia na brzuch powinny być zazwyczaj poprzedzone kilkuminutową rozgrzewką. Pamiętaj, że rozgrzewka ułatwi ci zapobiec kontuzji i zrobi ciało do zwiększonej aktywności fizycznej. Gdyby nie wiesz, w jaki rozwiązanie ją przeprowadzić, sprawdź stronę eporady.eu. eporady