RSS
wtorek, 21 lutego 2017

Już cztery tygodnie minęły, jak ukazały się Blaski i cienie życia schizofrenika. To dla mnie okres niezwykle ekscytujący. Pojawiły się w sieci dwie kolejne przychylne recenzje ( zksiazkadolozka.blogspot.com oraz dlalejdis.pl), za które bardzo dziękuję. Miło jest, kiedy ktoś czyta to, co od serca napisałem i okazuje się, że zostaje tym zainteresowany, czy wręcz poruszony. Cieszę się, że kawał mojego życia został ocalony od zapomnienia.

Książka spodobała się dwóm moim przyjaciołom, którzy niezależnie od siebie stwierdzili, że można by z niej zrobić ciekawy film. Nie śmiem nawet o tym marzyć, ale byłaby to niezła frajda.

Książka dostępna jest w wielu księgarniach internetowych, nie widziałem jej jednak w realu na półkach konwencjonalnych księgarni. Zdaje się, że jest tam bardzo trudno się dostać.To miejsce dla renomowanych autorów, nie żółtodziobów. Może z czasem i tam również trafi.

Kończąc zachęcam do lektury i pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

02:36, slawekk1965
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 stycznia 2017

Moja książka jest już w sprzedaży od kilku dni. Oczywiście bardzo się z tego cieszę. W internecie jak do tej pory pojawiły się jej trzy recenzje. Pierwsza z nich ukazała się już pod koniec grudnia. Była raczej nieprzychylna. Porządnie mnie zdołowała. Pomyślałem, że moja książka jest niewiele warta. Później jednak doszedłem do wniosku, że została napisana przez bardzo młodą osobę, która w literaturze poszukuje raczej wrażeń artystycznych, a nie przedstawienia życia w jego konkretnym wymiarze.

Na szczęście pojawiła się druga recenzja (www.co-przeczytalam.blogspot.com). Wskazuje ona wprawdzie na pewne mankamenty książki, ale generalnie, według mojej oceny, jest jej przychylna. Zawiera wiele ciekawych refleksji.

Trzecia (ostania jak do tej pory) recenzja jest już bardzo pochlebna (www.czytaj-na-walizkach.pl). Dostarczyła mi wiele radości. Jej autorka świetnie odczytała przesłanie książki, które było moim zamiarem. Jest tam również wiele innych ciekawych rzeczy.

Bardzo dziękuję autorom recenzji za ich napisanie, zachęcam również do ich przeczytania i mam nadzieję, że w sieci ukaże się ich więcej.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

Tagi: recenzje
11:14, slawekk1965
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 stycznia 2017

Moja książka Blaski i cienie życia schizofrenika zostanie opublikowana już wkrótce. Będzie wydana przez wydawnictwo zaczytani.pl, dawniej Novae Res. Już można zobaczyć jak wygląda w internecie na stronach tego wydawnictwa, gdzie umieszczona jest w dziale zapowiedzi. Ciekaw jestem jak będzie się sprzedawała i z jakim spotka się odzewem. Być może będzie w stanie choćby w niewielkim stopniu pomóc komuś choremu na schizofrenię. Na razie sam nie czuję się najlepiej: od kilku miesięcy cierpię na depresję i brak napędu. Pomimo to pracuję zawodowo. Wierzę jednak, tak jak to jest w mojej książce, że po złych dniach muszą przyjść dobre, prędzej czy później, i znowu zacznę cieszyć się życiem.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

Tagi: nadzieja
13:45, slawekk1965
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2016

Zbliża się moment wydania mojej książki. Jest już projekt graficzny jej okładki. Nie bardzo przypasował mi do gustu, ale taki musi być. W wydawnictwie dokonano już korekty; musiałem wyjaśnić pewne nieścisłości. Mam nadzieję, że książka ukaże się pod koniec grudnia lub w styczniu. Nie mogę się doczekać.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

środa, 03 sierpnia 2016

Dawno nie umieszczałem wpisów mojej autobiografii, ale to nie dlatego, że jeszcze nie powstały. Postanowiłem swoją radosną twórczość wydać w postaci książkowej. Nie publikuję więc w necie nowych fragmentów, ponieważ gdybym to zrobił, nikt nie chciałby kupić mojej książki. Jak można zauważyć wykasowałem większość wpisów, a pozostawiłem jedynie 15 na zachętę.

Każdego, kto do tej pory czytał moją autobiografię serdecznie zapraszam do lektury książki. Nie obraziłbym się, gdybyście ją kupili, co jest chyba rzeczą naturalną. Książka dostępna będzie w księgarniach, można będzie ją również zamówić przez internet. Na pewno znajdzie się również w niektórych bibliotekach i wtedy będzie można przeczytać ją za darmo.

Pragnę dodać, że całość liczy sobie 131 krótkich rozdziałów, z czego na blogu opublikowanych zostało 93. Tak więc jeśli ktoś pragnie dowiedzieć się o dalszych losach pewnego schizofrenika, będzie mógł przeczytać o nich w książce i poznać te brakujące 38 rozdziałów.

Na razie nie zdradzę jakie wydawnictwo jest zainteresowane wydaniem mojej książki. Nie znam jeszcze tytułu, który może różnić się od dotychczasowego, nie znam również ceny. O wszystkich szczegółach będę informował na bieżąco.

Tymczasem pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

niedziela, 22 listopada 2015

                                             -90-

W listopadzie 1993 dostałem psychozy. Wydawało mi się, żę chce mnie zlikwidować wywiad izraelski. Wątek żydowski zdawał się na dłużej wpisać w treść moich urojeń. Wydawało mi się, że żydzi rządzą światem i próbują sobie podporządkować lub zlikwidować wszystkich niezależnie myślących ludzi. Świat miał być kierowany przez jakiegoś niezwykle starego żyda, który był numerem jeden. Ze względu na bezpieczeństwo ukrywał się on nie wiadomo gdzie. Miał mieć być może kilkaset lat. Podporządkowani mu byli kolejni hierarchowie, którym z kolei podlegali następni – i tak piramida rozrastała się, aż do samego dołu. Ja byłem poza tym systemem, jako niezależnie myślący, uczciwy człowiek o wyjątkowej mocy, którego należało zabić. Byłem mesjaszem stanowiącym zagrożenie dla numeru jeden, który nie chciał się dzielić swoją władzą i obawiał się o swoje życie.

Cały porządek społeczny: państwo, rząd, partie polityczne, edukacja, ekonomia miał być fikcją. Liczył się tylko ten tajemny shierarchizowany system ludzi skorumpowanych, którzy rozdawali karty. Politycy mieli być tylko marionetkami, którym za dokonanie jakegoś obrzydlistwa pozwolono na swoje pięć minut sławy i powodzenia. Prawdziwi mocarze mieli być ukryci, mieli nic nie robić tylko pociągać za sznurki. Ale i ci byli zależni od swoich zwierzchników, aż do szczytu piramidy do numeru jeden.

Im wyżej w hierachii tym mniej pracy, więcej uciech, w tym cielesnych oraz długowieczność. Wieżyłem, że cała edukacja nie ma żadnej wartości, że wszystko wie numer jeden i nie chce się tą wiedzą dzielić. Myślałem, że to on sprowadza na ludzi choroby, wywołuje wojny manipulując narodami i jest źródłem wszelkich nieszczęść, a wszystko to dla władzy i własnego zadowolenia. Moją misją miała być walka z niemal całym światem, zburzenie całej tej hierarchii i przywrócenie ludziom szczęścia. Byłem więc niezwykle niebezpieczny dla systemu, w którym główną rolę odgrywali żydzi i w związku z tym miałem poczucie, że został wydany na mnie wyrok i ma mnie zlikwidować wywiad izraelski. Ponadto wydawało mi się, że sam jestem reprezentantem narodu wybranego, że moi rodzice nie są prawdziwymi rodzicami.

W okresach remisji, czyli odwrotu choroby, które w moim przypadku są dość długie, nie odczuwam nienawiści do żydów. Nazwałbym się wręcz filosemitą. Mam duży szacunek dla ich kultury i ubolewam nad faktem, że ich cały świat, ich wielowiekowa obecnośćw naszym kraju zostały zniszczone przez hitlerowców. Popieram wszelkie akcje propagujące kulturę żydowską i nie cierpię antysemityzmu, który w Polsce nie jest zjawiskiem rzadkim.

Tak więc cały czas czułem się zagrożony. Zabójczy strzał mógł paść w każdej chwili, w każdym miejscu. Pewnej nocy miałem przeświadczenie, że żydowskie komando będzie chciało mnie zlikwidować właśnie wtedy. Cały czas nie spałem. Z nożem w ręku schowałem się pod stół. Wierzyłem, że tu nie mogą wykryć mojej obecności elektroniczne urządzenia wroga. Spodziwałem się ataku przez okno lub drzwi. Chciałem zabić choćby pierwszego z napastników zanim sam umrę. Jestem przekonany, że doświadczałem takich samych odczuć jak ludzie w obliczu prawdziwego zagrożenia życia, jak na przykład na wojnie i musiałem sobie z własnym strachem radzić i jakoś funkcjonować. Atak nie nastąpił. Pomyślałem, że przestraszyli się mojej determinacji, że nikt z nich nie chciał się narażać.

Na drugi dzień przyszedł do mnie ojciec i przesiedzieliśmy razem długi czas. O dziwo psychoza szybko przeszła. Musiałem brać wtedy jakieś leki, ale już tego nie pamiętam. Wróciłem do pracy, a moje myślenie znowu stało się normalne.

Na początku stycznia 1994 pojechaliśmyśmy z Marleną, która była zapaloną narciarką, na narty do Szczyrku. Dołączyła do nas Kasia – koleżanka Marleny ze studiów z bratem oraz Grzegorz. Kim był Grzegorz? To kolega Kasi – wyjątkowo brzydki i wyjątkowo równy facet. Później dowiedziałem się, że Kasia poznała go za pośrednictwem biura matrymonialnego i rzeczywiście związek ten miał się uwieńczyć na ślubnym ołtarzu.

Nauczyłem się trochę jeździć na nartach, choć nie było to łatwe. W tamtym czasie wyróżniałem się sprawnością fizyczną, więc jakoś mi się to udało. Całe dnie spędzliśy na stoku, a wieczorami przesiadywaliśmy w kawiarniach. Grzegorz dużo fundował – chciał się pokazać z jak najlepszej strony. Miał dobry zawód i dobrze zarabiał, był też inteligentny i wykształcony. To człowiek, w którym kobieta mogła mieć prawdziwe oparcie. Jedyną jego wadą był brak urody, ale w codziennych zmaganiach z życiem chyba to nie ma większego znaczenia.

Niestety i tu dopadły mnie moje fanaberie na temat przeszłości mojej dziewczyny. Zadręczłem więc siebie i ją przypominaniem tamtych zdarzeń i w ten sposób częściowo zepsułem w sumie bardzo udany pobyt w Szczyrku.

Kilka tygodni później znowu przyjechali do Polski hiszpanie – znajomi Marleny. Było ich dwóch: Horhe i jego kolega. Przebywali w mieszkaniu mojej dziewczyny w Płocku, a ja nie chciałem tam przyjechać ponieważ z powodu dręczących mnie myśli na temat przeszłosci Marleny chciałem z nią zerwać. W końcu jednak dotarłem na miejsce i znowu było normalnie.

Pod koniec lutego zmarła mi druga babcia, mama mojego ojca. Pragnąłem, aby przeszło na mnie trochę jej siły. Była bowiem raczej energiczną i zaradną osobą. Ja jednak nie byłem w stanie pisać pracy magisterskiej i wiosną 1994 zrezygnowałem z wynajmowania mieszkania i wróciłem do rodziców. Miałem też kłopoty z utrzymaniem dyscypliny w grupie trzecioklasistów w Radomiu, moich pierwszych uczniów, i w związku z tym w kwietniu zaprzestałem prowadzenia tego kursu.

Na początku lata chciałem zerwać z Marleną. Sprawiłem jej przez to dużo bólu. Do rozstania jednak nie doszło. Nie byłem w stanie tego zrobić. Miałem myśli samobójcze. Nałożyłem sobie na głowę torbę foliową i chciałem się udusić. Nie było to jednak łatwe i się nie udusiłem. Następnego dnia odczuwałem ból wokół szyji.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

 

 

 

21:13, slawekk1965
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 listopada 2015

                                            -88-

Nadszedł wreszcie październik 1992. Po czterech latach bycia studentem trzeciego roku wreszcie zdołałem dostać się na czwarty. Wprowaddziłem się na nowo do akademika przy Górnośląskiej. Otrzymałem ten sam pokój, ale innego współlokatora. Był nim Maciek. Pamiętam jak przyszedł do pokoju po raz pierwszy z jakąś dziewczyną. Okazała się być jego siostrą. Studiował medycynę i był świeżo po psychozie. Miał otępiały wyraz twarzy i spowolnione ruchy. Wszystko to było efektem intensywnego zażywania leków psychotropowych. Bardzo się polubiliśmy i jesteśmy przyjaciółmi do dnia dzisiejszego.

W tamtym czasie żyłem swoją pracą – zacząłem prowadzić kursy angielskiego w Sokołowie, większej wsi niż Lasków i znacznie większej szkole. Można powiedzieć, że awansowałem. Poza tym byłem samotny i mało stabilny psychicznie. Nie miałem jakiegoś konkretnego celu w życiu, brakowało mi sensu i drugiej połowy.

Wszystko to zmieniło się, gdy poznałem Marlenę. Stało się to przy udziale Adrianny, którą odwiedziłem w jej pokoju. W drugim pokoju tego segmentu mieszkała Marlena. Akurat wyszła spod prysznica i ubrana była w płaszcz kąpielowy. Zaczęliśmy w trójkę rozmawiać. Zaprezentowałem się jako dziarski nauczyciel języka angielskiego. Było bardzo miło. Zaistniała między nami jakaś chemia. Umówiłem się na kolejne spotkanie.

Marlena była wysoką szczupłą szatynką. Podobnie jak Maciek studiowała medycynę. Może obiektywnie rzecz biorąc nie była bardzo ładna, mnie jednak podobała się. Zaczęliśmy się spotykać. Szybko odważyłem się ją po raz pierwszy pocałować. Mówiłem przy tej okazji o wierszu Leśmiana W malinowym chruśniaku i jakoś tak samo wyszło. Potem wydarzenia potoczyły się bardzo szybko po którejś z kolejnych randek byliśmy już po.

Związek z Marleną był moim pierwszym dojrzałym związkiem z kobietą. Byliśmy sobie bardzo bliscy, tak psychicznie jak i fizycznie. Szybko się w niej mocno zakochałem, o czym nie omieszkałem jej powiedzieć. Wydawało mi się, że chwyciłem Pana Boga za nogi, że najważniejsze moje marzenie spełniło się. Niemal od razu jednak nad naszym uczuciem zawisły czarne chmury.

Jeszcze przed poznaniem Marleny miałem załatwiony wyjazd na sylwestra do Wiednia w ramach spotkania młodych organizowanego przez wspólnotę z Taizez. Do Marleny i jej koleżanki Kasi mieli zaś przyjechać koledzy z Hiszpanii. Podczas wakacji 1992 obie dziewczyny pojechały na wycieczkę do tego kraju. Marlena interesowała się Hiszpanią i uczyła się języka hiszpańskiego.

Mój wyjazd bardzo się udał. Poznałem podczas niego Darka Stańczuka, obecnego prezentera radia RMF classic. Pomimo, że był wtedy licealistą znał język angielski dużo lepiej ode mnie i próbował go używać przy każdej nadarzającej się okazji. Zwiedziłem miejsce zamieszkania Mozarta i jakieś muzea. Sylwestra spędziliśmy na plebanii na obrzeżach miasta w towarzystwie pewnych francuzek. Zaczynało mi jednak brakować Marleny.

Po powrocie przyszło mi poznać Horhe, korespondencyjnego kolegę Marleny, który przyjechał do Polski wraz ze swoim przyjacielem. Byłem trochę zazdrosny ponieważ Marlena spędzała z hiszpanem prawie każdą wolną chwilę. Zapraszał ję do kawiarni i tak dalej. Próbował chyba nawet ją uwieść, ale mu to nie wyszło. Tak jak przyjechał tak i odjechał i nie stanowił dla mnie problemu. Problem tkwił w czymś zupełnie innym.

Zupenie niepotrzebnie zapytałem Marlenę o jej dotychczasowe doświadczenia erotyczne. Nie przeczuwając następstw swojego wyznania powiedziała mi o tym, co wydarzyło się w akademiku jakieś półtora roku przed naszym poznaniem. Prawda ta zniszczyła dopiero co rozpoczęty nasz związek i stała się moim przekleństwem na dwa długie lata.

Pewnego wieczoru Marlena poszła na imprezę w akademiku, w którym mieszkała na urodziny swojego serdecznego kolegi Michała. Michał był bardzo niskiego wzrostu (pieprzony konus) i miał słabość do płci pięknej. Bardzo lubił towarzystwo dziewcząt i nimi się otaczał. Podobnie jak Maciek i Marlena studiował medycynę. Tak naprawdę to nie wiem jakim był człowiekiem ponieważ nigdy go bliżej nie poznałem. Po tym co usłyszałem szczerze go znienawidziłem.

Impreza zbliżała się do końca i ludzie zaczęli się rozchodzić. Było nastrojowo i romantycznie i w końcu Marlena została z Michałem sama. Wtedy doszło między nimi do zbliżenia. Na drugi dzień Marlena czekała na niego w swoim pokoju, myślała, że ich znajomość przerodzi się w poważny związek, ale się nie doczekała. Dla Michała to co się stało było tylko nic nie znaczącą przygodą.

Po jakiś dwu miesiącach zdarzyło się, że uczyli się razem przed egzaminem i znowu doszło do zbliżenia. Potem Michał proponował kilkakrotnie Marlenie niezobowiązujący seks, ale ona nie chciała o tym więcej słyszeć. Kierował ją niewątpliwie popęd seksualny ale również pragnienie miłóści i potrzeba związania się z kimś. Michał ją po prostu wykorzystał.

Teraz wiem, że takie rzeczy się zdarzają, zdarzały się i będą zdarzać i nie powinny przekreślać życia uwikłanych w nie osób, tak kobiet jak i mężczyzn. Marlena była bardzo wartościową, wspaniałą młodą kobietą, której po prostu przytrafiła się chwila zapomnienia. Michał zaś bezkrytycznie podążał za swoją naturą, zapominając o odpowiedzialności. Wtedy jednak bardzo przejąłem się tym co usłyszałem i nie mogłem tego faktu zapomnieć i przejść nad nim do porządku dziennego.

Niewątpliwie dało tu o sobie znać moje katolickie wychowanie, wpływ matki i uczestnictwo w oazie. Nie mogłem pogodzić się z faktem, że kobiecie, którą kocham i być może poślubię i z którą może będę miał dzieci przytrafił się taki epizod.

Przez cały nasz związek, aż do jego końca, gnębiło mnie to. Co pewien czas, zamiast zapomnieć o całej sprawie, wracałem do niej w rozmowach z Marleną, dręcząc je przeraźliwie. Był to silniejsze ode mnie. Powodowało to chęć rozstania się z moją kochaną przecież dziewczyną, a nawet myśli samobójcze. Z jednej strony nie miałem siły odejść od Marleny, z drugiej zaś nie mogłem zaakceptować tego co się stało. Pragnąłem zasnąć, a po przebudzeniu chciałem, żeby wszystko to okazało się nieprawdą. Nasze rozstanie uwolniło mnie od męczarni. Ale o rozstaniu później.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

 

 

00:06, slawekk1965
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 kwietnia 2015



                                 -69-

- Czy to jest obóz achalo..., archilo... lalogiczny? - nie mogłem wymówić porządnie nazwy i od razu rozeszła się plotka, że przyjechał nowy student z Polski, który w ogóle nie mówi po francusku. Po krótkim czasie zmieniono jednak zdanie o mnie.

Postanowiono mnie nakarmić. Byłem głodny jak wilk. Szybko jadłem podany mi ser. Moji gospodarze przerazili się jednak widokiem znikającego sera i ni stąd ni zowąd zabrali mi go. Ot francuska gościnność.

Potem nadeszły wspaniałe dni spędzane w słońcu, cały czas na świeżym powietrzu. Nasze obozowisko składało się z jednoizbowego budynku, który niegdyś służył jako posterunek włoskich żołnierzy, w którym spożywaliśmy posiłki oraz coś w rodzaju pola namiotowego, gdzie były rozstawione nasze namioty. Była tam jeszcze toaleta na świeżym powietrzu i zdewastowana chatka pasterska, w której spał Abdul – student z Algierii.

Szefem obozu był Thierry, młody francuz, mieszkający na stałe w Nicei. Jak się później okazało mieliśmy być skazani na siebie przez kolejny rok. Ale o tym później. Thierry chyba nie bardzo mnie polubił i vice versa.

Codziennie rano po śniadaniu wychodziliśmy w góry do pracy. Otóż w epoce brązu ludzie pierwotni zostawili w rejonie szczytu Mont Bego czyli w Dolinie Cudów oraz Dolinie Fontanalba grawiury na skałach. Za pomocą małych okrągłych rowków, czy dołków oddawali różne kształty. Były to najczęściej rogate głowy zwierząt lub bliżej nieokreślone powierzchnie pokryte drobnymi rowkami. Naszym zadaniem było odrysowanie danego kształtu na kalce, sporządzenie planu skały, na której się on znajduje i wypełnienie specjalnego formularza dla każdego z „rysunków” naskalnych. Cały obszar wokół obozowiska podzielony był na dziewiętnaście stref, dzięki czemu można było w razie potrzeby odnależć konkretne grawiury, przyporząkowane do danej strefy. Pracowaliśmy w grupach po dwie lub trzy osoby. Gdy padało siedzieliśmyw naszym budynku i przejadaliśmy pieniądze przydzielone na wykopaliska przez francuski rząd. Ogólnie rzecz biorąc praca była dosyć lekka i atrakcyjna – w malowniczej scenerii, na świeżym powietrzu. Szkoda tylko, że nie otrzymywaliśmy za nią poeniędzy. Pracowaliśmy jedynie za jedzenie.

Miałem 25 lat i nadal byłem prawiczkiem. Bardzo mi to przeszkadzało. Za ten stan rzeczy odpowiadały moje wychowanie i religijne poglądy ukształtowane w ruchu oazowym. Wydawało mi się, że wszyscy wokół to robią tylko nie ja. Światopogląd religijny nie sprawdzał się. Moja wiara zaczynała się osłabiać.

Na pewno trudno by mi było uwieść kogoś w Polsce, mówiąc po polsku. Tutaj jednak czułem się kimś innym, cały czas mówiłem po francusku. Miałem wrażenie, że gram we francuskim filmie. Pewnego wieczoru przy kolacji zacząłem rozmawiać z dziewczyną imieniem Marie-Madelaine. Miała osiemnaście lat i nie należała do piękności. Według mnie nie była jednak brzydka. Nasza rozmowa stawała się coraz bardziej frywolna. W pewnym momencie postanowiłem zaryzykować i zadałem pytanie, które usłyszałem gdzieś w filmie:

  • U mnie, czy u Ciebie?

  • U mnie. - odpowiedziała bez wahania.

Poszliśmy więc do jej namiotu i tu stało się to, co powinno się było stać kilka lat wcześniej. Oczywieście nie przyznałem się Marie-Madelaine, że to mój pierwszy raz. Tak więc straciłem cnotę w wieku 25 lat, na wysokości 2100 metrów nad poziomem morza we Francuskich Alpach Nadmorskich. Nie miałem poczucia winy, a wręcz poczucie dumy. Oprócz tego byłem zadowolony, że mam to już za sobą i należę do grona „normalnych” ludzi, a nie dziwaków.

Następnego dnia wieczorem znowu zaproponowałem seks Mairie-Madelaine, ale ta odmówiła, mówiąc, że jest zmęczona. Pomyślałem, że to już koniec mojej erotycznej przygody. Kolejnej nocy nic już nie mówiłem, tylko poszedłem spać. Tymczasem zanim zasnąłem usłyszałem, że ktoś przebywa obok mojego namiotu. Wyjrzałem – na pobliskiej skale siedziała Marie-Madelaine. Najwyraźniej chciała sprowokować mnie abym wyszedł, co też zrobiłem. Zaczęliśmy rozmawiać i znowu wylądowaliśmy w jej namiocie i sytuacja się powtórzyła. Po wszystkim najwyraźniej niezaspokojona dziewczyna poprosiła mnie, żebym sobie już poszedł. Podejrzewam, że postanowiła pomóc sobie sama. Poczułem się nienajlepiej, tak jakbym został wykorzystany.

Marie-Madelaine zależało tylko na seksie, jakiekolwiek uczucia były jej raczej obce. Poszukiwała wrażeń erotycznych. Przede mną próbowała bezskutecznie podrywać Marciana – przystojnego młodego polaka, oraz Abdula, prawdziwego muzułmanina, któremu wiara zakazywała seksu poza małżeńśtwem. W końcu poznała przewodnika górskiego z pobliskiego schroniska, „starego capa” po czterdziestce, który jako bardziej doświadczony ode mnie mógła jej „sporo” zaoferować. Wyprowadziła się więc do schroniska, a po kilku dniach wyjechała do Nicei. Nie bardzo mi było szkoda, że ją straciłem. Widocznie okazałem się nie najlepszym kochankiem. Najważniejsze było jednak, że miałem „to” za sobą.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

 

środa, 18 lutego 2015

                                -66-

Nieco później nastąpiły dość zabawne wydarzenia, które nazywam „prowokacją mleczną”. Otóż pewnej nocy, kiedy w trakcie swojego dyżuru na cieciówce przebywałem akurat w akademiku Fudżi Jung zaproponował mi, że odprowadzi mnie do pracy, ponieważ była wtedy piękna noc i miał ochotę się przejść. Wziąłem ze sobą butelkę mleka, by mieć na miejscu co pić.

Kiedy zbliżaliśmy się już do naszej budowy, a Fudżi Jung chciał wracać do akademika, przyszedł mi do głowy przewrotny pomysł:

  • Fudżi weź butelkę, zastukaj do baraku Zdzicha i powiedz, że jesteś roznosicielem i właśnie przyniosłeś mu mleko.

Fudżi Jung początkowo nie kwapił się by wykonać moją prośbę. Ale w końcu zgodził się. Zastukał do drzwi baraku, podczas gdy ja obserwowałem to zdarzenie schowany za koparką.

  • Słucham, o co chodzi? - Zdzicho otworzył drzwi wejściowe.

  • Ja być roznosiciel – Fudżi Jung udawał, że słabo zna polski. - Ja mieć mleko dla Pan. Pan być w mój rejon.

Sytuacja była absurdalna. Godzina pierwsza w nocy, pośrodku budowy, azjata przynosi mleko.

  • Ale ja nie zamawiałem mleka.

  • Ja musieć dostarczyć, ja musieć dostarczyć.

  • No dobrze. W takim razie wezmę je. - Zdzicho zabrał butelkę i oddał pustą na wymianę.

Rano, kiedy schodziłem ze swojej zmiany Zdzicho był pogrążony w zadumie.

  • O czym tak myślisz, Zdzichu? - zapytałem.

  • No wiesz, był tu umnie jakiś wietnamczyk o pierwszej w nocy i przyniósł mi mleko.

  • Zdzichu przestań pieprzyć. Wietnamczyk? O pierwszej w nocy? Po środku budowy? - udałem zdziwienie.

  • Wiesz, wietnamczycy są bardzo leniwi. Roznoszą mleko o pierwszej w nocy, by później spać do południa.

  • Aha. Ale ty nie zamawiałeś mleka.

  • No właśnie. I to mnie intryguje. - powiedział Zdzicho i dalej pogrążył się w zadumie.

Postanowiliśmy kontynuować naszą prowokację. Fu Dżi Jung trochę się opierał. Nie chciał robić w balona niewinnego człowieka, ale w końcu go przekonaliśmy z Markiem. Stworzyliśmy fikcyjną listę klientów sklepu, którzy zamawiali mleko. Na maszynie napisaliśmy adres i numer sklepu oraz umieściliśmy tam wiele fikcyjnych nazwisk z adresami, a pośród nich nazwisko Zdzicha z adresem budowy.

Tym razem podeszliśmy do baraku zdzicha w trzech: Marek, Fu Dżi Jung i ja. Razem z Markiem schowaliśmy się za koparkę, podczas gdy Fudżi Jung zastukał do drzwi. Otworzył Zdzicho:

  • To znowu Pan? - Zdzicho był zawsze grzeczny.

  • Ja przynieść mleko. - Fu Dżi Jung znowu zaczął z premedytacją kaleczyć polski język.

  • Ale ja nie zamawiałem mleka! Niech mi Pan da święty spokój. - wrzasnął Zdzicho.

  • Ja mieć lista. Pan być na lista. - I Fudżi Jung pokazał papier rozwścieczonemu Zdzichowi.

  • No rzeczywiście. Ja to muszę wyjaśnić. - Nowakowski wziął mleko i oddał pustą butelkę. Ja z Markiem rżeliśmy ze śmiechu za koparką.

Marek został na nocnej zmianie, a ja z Fudżi Jungiem wróciliśmy do akademika.

Potem opowiadał co się wydarzyło rano. Zdzicho wyszedł z baraku, zamknął go na kłódkę i gdzieś się udał na około piętnaście minut. Najrawdopodobniej poszedł do pobliskiego sklepu PSS Społem, tylko takie wtedy istniały. Oto jak wypadki mogły przebiegać:

  • Prepraszam bardzo – Zdzicho zwrócił się do ekspedientki. - Chciałbym wypisać się z listy osób zamawiających mleko.

  • Słucham? Jakie mleko? - odparła zdziwiona ekspedientka.

  • No wie Pani, codziennie o pierwszej w nocy Wietnamczyk przynosi mi butelkę mleka na budowę.

  • Jaki wietnamczyk? Jaką budowę?

  • No wie Pani, roznosiciel mleka.

  • Nasz sklep nie zajmuje się roznoszeniem mleka.

  • Ale on miał listę z moim adresem i nazwiskiem.

  • Panie przecież mówię, nie roznosimy mleka. Panie, daj mi Pan spokój i nie przeszkadzaj w pracy!

  • Ale wietnamczyk … - Zdzicho opuścił sklep.

  • Kryśka kto to był? - zapytała inna ekspedientka.

  • Jakiś wariat. Wietnamczyka sobie wymyślił.

Zdzicho wrócił do baraku, a Marek widział jak otwiera kłódkę i ciska ją z wściekłością o ziemię.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

 

środa, 21 stycznia 2015

                               -63-

Czułem się bardzo źle. Wydawało mi się, że jednostka antyterorystyczna z Dziewulskim na czele (W tym czasie nie znałem jeszcze jego nazwiska, a tylko twarz, ponieważ nie był on jeszcze wtedy postacią znaną z mediów) chce mnie zlikwidować jako niezwykle niebezpiecznego dla ustroju osobnika. Myślałem, że zabiją mnie w akademiku. Zachowywałem się dziwnie, przygotowując się do walki i być może śmierci.

Marek, który początkowo myślał, że się wygłupiam zorientował się iż ze mną jest coś nie tak. Zasugerował, żebym pojechał do domu. Zgodziłem się. Zaproponował, że odwiezie mnie na Dworzec Główny. Mieliśmy jechać autobusem z Ronda Wiatraczna. Kiedy szliśmy na przystanek miałem wrażenie, że jesteśmy śledzeni. Głęboko oddychałem i drżałem, ponieważ mogli zaatakować i zabić mnie w każdej chwili.

Wsiedliśmy do pociągu osobowego do Radomia czekającego na stacji Warszawa Główna. Obok nas przeszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna i usiadł niedaleko naszego miejsca. Pomyślałem, że to właśnie on ma nie zamordować. Nie wytrzymałem nerwowo i wysiadłem z pociągu.

Udaliśmy się w kierunku Dworca Centralnego. Tutaj znajdował się wtedy punkt pogotowia ratunkowego. Marek zadzwonił do wejścia, ale mężczyzna, który otworzył drzwi nie był zainteresowany udzieleniem mi pomocy.

W końcu trafiłem do baru nad kasami Dworca Centralnego. Marek zostawił mnie tu i poszedł szukać jakiejś pomocy. W barze doświadczyłem kolejnego urojenia. Teraz wydawało mi się, że jestem nie tylko Mesjaszem, który ma zbawić Polskę, ale wręcz samym Chrystusem, który powtórnie zstąpił na Ziemię by uratować ludzkość. Jego objawienie miało nastąpić o szóstej rano w barze na Dworcu Centralnym. Musiałem tylko pozostać żywym do tego czasu. Trzymałem więc cały czas gardę i kierowałem ją w stronę każdego przechodzącego obok mnie człowieka. Na szczęście nie zdecydowałem się na tzw. atak wyprzedzający, bo wtedy narobiłbym kłopotu sobie i innym.

Personel baru wezwał milicję. Przyszło trzech bardzo młodych funkcjonariuszy. Nie wiem dlaczego pokazałem im legitymację studencką oraz legitymację NZS-u.

Ich dowódca stwierdził, że jestem członkiem organizacji antypaństwowej i chciał mnie zaaresztować. Z drugiej strony jednak zorientował się, że mam „nie równo pod sufitem”. Zbliżała się godzina dziewiąta, czyli czas zamknięcia baru. Do szóstej rano było jeszcze daleko. Moja przepowiednia o objawieniu Chrystusa miała się nie sprawdzić.

W końcu podjechało pogotowie, a sanitariusze weszli na górę do baru. Sprowadzili mnie na siłę do karetki i pojechaliśmy do stacji pogotowia ratunkowego, gdzieś w centrum. Tu zostałem zbadany przez bardzo sympatyczną lekarkę i wysłany do szpitala psychiatrycznego w Ząbkach, do miejsca gdzie leczył się sam Edward Stachura – nasz poeta. Inną karetką pojechaliśmy na miejsce. Poczułem się w niej trochę bardziej bezpieczny. Gdy odjeżdzaliśmy pod szpital, podjechał tam również za nami duży fiat. Myślałem, że to Służba Bezpieczeństwa.

Najpierw znalazłem się na oddziale obserwacyjnym z jakimiś „kompletnymi świrami”, którzy cały czas potrzebowali nadzoru. Był wśród nich mężczyzna, który przypominał jednego z moich trenerów Leszka Drzewieckiego, o którym mówiło się, że pracuje w służbach specjalnych. Pomyślałem sobie, że to on w przebraniu, i że wszyscy ci schorowani mężczyźni to agenci czychający na moje życie. Trudno było mi się w tych warunkach zrelaksować i rozluźnić. A nawiasem mówiąc Leszek Drzewiecki rzeczywiście był członkiem służb specjalnych. Kilka lat później został zastępcą dowódcy „Gromu” i w tej funkcji wyjechał na misję na Haiti.

Szybko jednak przeniesiono mnie na „normalny” oddział. Nie pamiętam co się ze mną działo. W każdym razie obudziłem się zapięty w pasy. Wydawało mi się, że właśnie zaczyna się trzecia wojna światowa i że bombowce B-52 już lecą by zrzucić bomby na Związek Radziecki i Polskę. Potem wydawało mi się, że obce wywiady zamordowały mojego ojca. Mój mózg dostarczał mi nieprzeliczonych powodów do nieopisanego wręcz niepokoju. Potem sytuacja poprawiła się nieco pod tym względem. Przyjechał mój ojciec – cały i zdrowy.

Odpięto mnie z pasów i zacząłem swoje codzienne funkcjonowanie na oddziale. Towarzystwo było tu bardzo dobre – mniej lub więcej „ześwirowani osobnicy”. Był tu nawet chory lekarz psychiatra. Cały czas, na początku mojego pobytu miałem niewyobrażalny wręcz nadmiar energii. Niektórzy mówili na mnie nawet Energia. Robiłem pomki i przysiady trenowałem karate, oddychałem głęboko i intesywnie. Coś rozpierało mnie od środka. W miarę upływających dni i akumulowania się leków ten stan zaczął mijać.

W szpitalu spotkałem wielu interesujących ludzi. Janek, młody student, porządnie schorowany, pokazywał mi techniki kungu-fu. Staszek wrócił ze Szwecji. Odeszła od niego żona. Zachorował za granicą. Jego przypadłość polegała na tym, że budził się po nocy w okropnym stanie i twierdził, że go ktoś zgwałcił w czasie snu. Poza tym był zupełnie normalny. Był tam młody muzyk o niewiarygodnym wręcz słuchu. Znał trochę angielski. Z tego powodu był nawet trochę zarozumiały. Odkupiłem od niego książkę Szkutnika Think English i zacząłęm się z niej uczyć regularnie. Muzyk ten miał od czasu do czasu dziwne napady i lądował w pasach. Z tego powodu nie mógł nigdzie podjąć pracy. W późniejszym okresie mojego pobytu w szpitalu poznałem pewnego nauczyciela fizyki. Był rozwiedziony i mieszkał tylko z matką. Zachowywał się zupełnie normalnie. Lubiłem z nim rozmawiać, dawał mi coś w rodzju wsparcia w te trudne dni. Pamiętam jeszcze mężczyznę, który nic nie mówił. Prawdopodobnie był niemową. W moich urojeniach wydawało mi się, że jest izraelskim komandosem skierowanym do Polski i udaje, że nie mówi. Jego obecność miała mieć jakiś związek z moim pobytem w szpitalu. Dokwaterowano mi również do pokoju pewnego wysokiego, dobrze zbudowanego młodego mężczyznę, któremu trudno było przypisać jakąś przypadłość. Wydawało mi się, że jest funkcjonariuszem Służby Bezieczeństwa, który przybył do szpitala by mnie zgładzić. Spaliśmy na sąsiednich łóżkach. Nie bałem się go jednak, ponieważ wieżyłem w swoje siły i energię, która wtedy mnie wypełniała.

Po mniej więcej miesiącu mój stan był na tyle dobry, że wysłano mnie na przepustkę do domu. Tu nastapiło pogorszenie i leczenie rozpoczęło się jakby od nowa. Zima tamtego roku była wyjątkowo łagodna – jak dluga, kilkumiesięczna słoneczna wiosna. Wierzyłem, że ma to jakiś związek ze mną, że od tej pory zmienią się pory roku i nie będzie więcej zim. Mijały dni i moje urojenia zaczęły zanikać. Została jednak smutna rzeczywistość: straciłem rok na studiach i byłem chory. Miałem do tamtej pory nadzieję, że moje zaburzenia zdrowia psychicznego miały związek tylko i wyłącznie z okresem dojrzewania. Tymczasem prawda okazała się bardziej okrutna.

Piątego kwietnia oglądaliśmy w telewizji, w szpitalu w Ząbkach podpisanie porozumień Okrągłego Stołu. Moja walka z komuną dobiegła końca. Nie odczuwałem jednak szczęścia – byłem poważnie chory psychicznie i zdawałem sobie z tego sprawę. To przygnębiające przejście od Mesjasza, Chrystusa do schorowanego studenta niezdolnego w tamtym momencie do nauki. W takim smutnym nastroju opuściłem szpital i wróciłem do domu.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

 
1 , 2
Tagi