RSS
wtorek, 01 listopada 2016

Zbliża się moment wydania mojej książki. Jest już projekt graficzny jej okładki. Nie bardzo przypasował mi do gustu, ale taki musi być. W wydawnictwie dokonano już korekty; musiałem wyjaśnić pewne nieścisłości. Mam nadzieję, że książka ukaże się pod koniec grudnia lub w styczniu. Nie mogę się doczekać.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

środa, 03 sierpnia 2016

Dawno nie umieszczałem wpisów mojej autobiografii, ale to nie dlatego, że jeszcze nie powstały. Postanowiłem swoją radosną twórczość wydać w postaci książkowej. Nie publikuję więc w necie nowych fragmentów, ponieważ gdybym to zrobił, nikt nie chciałby kupić mojej książki. Jak można zauważyć wykasowałem większość wpisów, a pozostawiłem jedynie 15 na zachętę.

Każdego, kto do tej pory czytał moją autobiografię serdecznie zapraszam do lektury książki. Nie obraziłbym się, gdybyście ją kupili, co jest chyba rzeczą naturalną. Książka dostępna będzie w księgarniach, można będzie ją również zamówić przez internet. Na pewno znajdzie się również w niektórych bibliotekach i wtedy będzie można przeczytać ją za darmo.

Pragnę dodać, że całość liczy sobie 131 krótkich rozdziałów, z czego na blogu opublikowanych zostało 93. Tak więc jeśli ktoś pragnie dowiedzieć się o dalszych losach pewnego schizofrenika, będzie mógł przeczytać o nich w książce i poznać te brakujące 38 rozdziałów.

Na razie nie zdradzę jakie wydawnictwo jest zainteresowane wydaniem mojej książki. Nie znam jeszcze tytułu, który może różnić się od dotychczasowego, nie znam również ceny. O wszystkich szczegółach będę informował na bieżąco.

Tymczasem pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

niedziela, 22 listopada 2015

                                             -90-

W listopadzie 1993 dostałem psychozy. Wydawało mi się, żę chce mnie zlikwidować wywiad izraelski. Wątek żydowski zdawał się na dłużej wpisać w treść moich urojeń. Wydawało mi się, że żydzi rządzą światem i próbują sobie podporządkować lub zlikwidować wszystkich niezależnie myślących ludzi. Świat miał być kierowany przez jakiegoś niezwykle starego żyda, który był numerem jeden. Ze względu na bezpieczeństwo ukrywał się on nie wiadomo gdzie. Miał mieć być może kilkaset lat. Podporządkowani mu byli kolejni hierarchowie, którym z kolei podlegali następni – i tak piramida rozrastała się, aż do samego dołu. Ja byłem poza tym systemem, jako niezależnie myślący, uczciwy człowiek o wyjątkowej mocy, którego należało zabić. Byłem mesjaszem stanowiącym zagrożenie dla numeru jeden, który nie chciał się dzielić swoją władzą i obawiał się o swoje życie.

Cały porządek społeczny: państwo, rząd, partie polityczne, edukacja, ekonomia miał być fikcją. Liczył się tylko ten tajemny shierarchizowany system ludzi skorumpowanych, którzy rozdawali karty. Politycy mieli być tylko marionetkami, którym za dokonanie jakegoś obrzydlistwa pozwolono na swoje pięć minut sławy i powodzenia. Prawdziwi mocarze mieli być ukryci, mieli nic nie robić tylko pociągać za sznurki. Ale i ci byli zależni od swoich zwierzchników, aż do szczytu piramidy do numeru jeden.

Im wyżej w hierachii tym mniej pracy, więcej uciech, w tym cielesnych oraz długowieczność. Wieżyłem, że cała edukacja nie ma żadnej wartości, że wszystko wie numer jeden i nie chce się tą wiedzą dzielić. Myślałem, że to on sprowadza na ludzi choroby, wywołuje wojny manipulując narodami i jest źródłem wszelkich nieszczęść, a wszystko to dla władzy i własnego zadowolenia. Moją misją miała być walka z niemal całym światem, zburzenie całej tej hierarchii i przywrócenie ludziom szczęścia. Byłem więc niezwykle niebezpieczny dla systemu, w którym główną rolę odgrywali żydzi i w związku z tym miałem poczucie, że został wydany na mnie wyrok i ma mnie zlikwidować wywiad izraelski. Ponadto wydawało mi się, że sam jestem reprezentantem narodu wybranego, że moi rodzice nie są prawdziwymi rodzicami.

W okresach remisji, czyli odwrotu choroby, które w moim przypadku są dość długie, nie odczuwam nienawiści do żydów. Nazwałbym się wręcz filosemitą. Mam duży szacunek dla ich kultury i ubolewam nad faktem, że ich cały świat, ich wielowiekowa obecnośćw naszym kraju zostały zniszczone przez hitlerowców. Popieram wszelkie akcje propagujące kulturę żydowską i nie cierpię antysemityzmu, który w Polsce nie jest zjawiskiem rzadkim.

Tak więc cały czas czułem się zagrożony. Zabójczy strzał mógł paść w każdej chwili, w każdym miejscu. Pewnej nocy miałem przeświadczenie, że żydowskie komando będzie chciało mnie zlikwidować właśnie wtedy. Cały czas nie spałem. Z nożem w ręku schowałem się pod stół. Wierzyłem, że tu nie mogą wykryć mojej obecności elektroniczne urządzenia wroga. Spodziwałem się ataku przez okno lub drzwi. Chciałem zabić choćby pierwszego z napastników zanim sam umrę. Jestem przekonany, że doświadczałem takich samych odczuć jak ludzie w obliczu prawdziwego zagrożenia życia, jak na przykład na wojnie i musiałem sobie z własnym strachem radzić i jakoś funkcjonować. Atak nie nastąpił. Pomyślałem, że przestraszyli się mojej determinacji, że nikt z nich nie chciał się narażać.

Na drugi dzień przyszedł do mnie ojciec i przesiedzieliśmy razem długi czas. O dziwo psychoza szybko przeszła. Musiałem brać wtedy jakieś leki, ale już tego nie pamiętam. Wróciłem do pracy, a moje myślenie znowu stało się normalne.

Na początku stycznia 1994 pojechaliśmyśmy z Marleną, która była zapaloną narciarką, na narty do Szczyrku. Dołączyła do nas Kasia – koleżanka Marleny ze studiów z bratem oraz Grzegorz. Kim był Grzegorz? To kolega Kasi – wyjątkowo brzydki i wyjątkowo równy facet. Później dowiedziałem się, że Kasia poznała go za pośrednictwem biura matrymonialnego i rzeczywiście związek ten miał się uwieńczyć na ślubnym ołtarzu.

Nauczyłem się trochę jeździć na nartach, choć nie było to łatwe. W tamtym czasie wyróżniałem się sprawnością fizyczną, więc jakoś mi się to udało. Całe dnie spędzliśy na stoku, a wieczorami przesiadywaliśmy w kawiarniach. Grzegorz dużo fundował – chciał się pokazać z jak najlepszej strony. Miał dobry zawód i dobrze zarabiał, był też inteligentny i wykształcony. To człowiek, w którym kobieta mogła mieć prawdziwe oparcie. Jedyną jego wadą był brak urody, ale w codziennych zmaganiach z życiem chyba to nie ma większego znaczenia.

Niestety i tu dopadły mnie moje fanaberie na temat przeszłości mojej dziewczyny. Zadręczłem więc siebie i ją przypominaniem tamtych zdarzeń i w ten sposób częściowo zepsułem w sumie bardzo udany pobyt w Szczyrku.

Kilka tygodni później znowu przyjechali do Polski hiszpanie – znajomi Marleny. Było ich dwóch: Horhe i jego kolega. Przebywali w mieszkaniu mojej dziewczyny w Płocku, a ja nie chciałem tam przyjechać ponieważ z powodu dręczących mnie myśli na temat przeszłosci Marleny chciałem z nią zerwać. W końcu jednak dotarłem na miejsce i znowu było normalnie.

Pod koniec lutego zmarła mi druga babcia, mama mojego ojca. Pragnąłem, aby przeszło na mnie trochę jej siły. Była bowiem raczej energiczną i zaradną osobą. Ja jednak nie byłem w stanie pisać pracy magisterskiej i wiosną 1994 zrezygnowałem z wynajmowania mieszkania i wróciłem do rodziców. Miałem też kłopoty z utrzymaniem dyscypliny w grupie trzecioklasistów w Radomiu, moich pierwszych uczniów, i w związku z tym w kwietniu zaprzestałem prowadzenia tego kursu.

Na początku lata chciałem zerwać z Marleną. Sprawiłem jej przez to dużo bólu. Do rozstania jednak nie doszło. Nie byłem w stanie tego zrobić. Miałem myśli samobójcze. Nałożyłem sobie na głowę torbę foliową i chciałem się udusić. Nie było to jednak łatwe i się nie udusiłem. Następnego dnia odczuwałem ból wokół szyji.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

 

 

 

21:13, slawekk1965
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 listopada 2015

                                            -88-

Nadszedł wreszcie październik 1992. Po czterech latach bycia studentem trzeciego roku wreszcie zdołałem dostać się na czwarty. Wprowaddziłem się na nowo do akademika przy Górnośląskiej. Otrzymałem ten sam pokój, ale innego współlokatora. Był nim Maciek. Pamiętam jak przyszedł do pokoju po raz pierwszy z jakąś dziewczyną. Okazała się być jego siostrą. Studiował medycynę i był świeżo po psychozie. Miał otępiały wyraz twarzy i spowolnione ruchy. Wszystko to było efektem intensywnego zażywania leków psychotropowych. Bardzo się polubiliśmy i jesteśmy przyjaciółmi do dnia dzisiejszego.

W tamtym czasie żyłem swoją pracą – zacząłem prowadzić kursy angielskiego w Sokołowie, większej wsi niż Lasków i znacznie większej szkole. Można powiedzieć, że awansowałem. Poza tym byłem samotny i mało stabilny psychicznie. Nie miałem jakiegoś konkretnego celu w życiu, brakowało mi sensu i drugiej połowy.

Wszystko to zmieniło się, gdy poznałem Marlenę. Stało się to przy udziale Adrianny, którą odwiedziłem w jej pokoju. W drugim pokoju tego segmentu mieszkała Marlena. Akurat wyszła spod prysznica i ubrana była w płaszcz kąpielowy. Zaczęliśmy w trójkę rozmawiać. Zaprezentowałem się jako dziarski nauczyciel języka angielskiego. Było bardzo miło. Zaistniała między nami jakaś chemia. Umówiłem się na kolejne spotkanie.

Marlena była wysoką szczupłą szatynką. Podobnie jak Maciek studiowała medycynę. Może obiektywnie rzecz biorąc nie była bardzo ładna, mnie jednak podobała się. Zaczęliśmy się spotykać. Szybko odważyłem się ją po raz pierwszy pocałować. Mówiłem przy tej okazji o wierszu Leśmiana W malinowym chruśniaku i jakoś tak samo wyszło. Potem wydarzenia potoczyły się bardzo szybko po którejś z kolejnych randek byliśmy już po.

Związek z Marleną był moim pierwszym dojrzałym związkiem z kobietą. Byliśmy sobie bardzo bliscy, tak psychicznie jak i fizycznie. Szybko się w niej mocno zakochałem, o czym nie omieszkałem jej powiedzieć. Wydawało mi się, że chwyciłem Pana Boga za nogi, że najważniejsze moje marzenie spełniło się. Niemal od razu jednak nad naszym uczuciem zawisły czarne chmury.

Jeszcze przed poznaniem Marleny miałem załatwiony wyjazd na sylwestra do Wiednia w ramach spotkania młodych organizowanego przez wspólnotę z Taizez. Do Marleny i jej koleżanki Kasi mieli zaś przyjechać koledzy z Hiszpanii. Podczas wakacji 1992 obie dziewczyny pojechały na wycieczkę do tego kraju. Marlena interesowała się Hiszpanią i uczyła się języka hiszpańskiego.

Mój wyjazd bardzo się udał. Poznałem podczas niego Darka Stańczuka, obecnego prezentera radia RMF classic. Pomimo, że był wtedy licealistą znał język angielski dużo lepiej ode mnie i próbował go używać przy każdej nadarzającej się okazji. Zwiedziłem miejsce zamieszkania Mozarta i jakieś muzea. Sylwestra spędziliśmy na plebanii na obrzeżach miasta w towarzystwie pewnych francuzek. Zaczynało mi jednak brakować Marleny.

Po powrocie przyszło mi poznać Horhe, korespondencyjnego kolegę Marleny, który przyjechał do Polski wraz ze swoim przyjacielem. Byłem trochę zazdrosny ponieważ Marlena spędzała z hiszpanem prawie każdą wolną chwilę. Zapraszał ję do kawiarni i tak dalej. Próbował chyba nawet ją uwieść, ale mu to nie wyszło. Tak jak przyjechał tak i odjechał i nie stanowił dla mnie problemu. Problem tkwił w czymś zupełnie innym.

Zupenie niepotrzebnie zapytałem Marlenę o jej dotychczasowe doświadczenia erotyczne. Nie przeczuwając następstw swojego wyznania powiedziała mi o tym, co wydarzyło się w akademiku jakieś półtora roku przed naszym poznaniem. Prawda ta zniszczyła dopiero co rozpoczęty nasz związek i stała się moim przekleństwem na dwa długie lata.

Pewnego wieczoru Marlena poszła na imprezę w akademiku, w którym mieszkała na urodziny swojego serdecznego kolegi Michała. Michał był bardzo niskiego wzrostu (pieprzony konus) i miał słabość do płci pięknej. Bardzo lubił towarzystwo dziewcząt i nimi się otaczał. Podobnie jak Maciek i Marlena studiował medycynę. Tak naprawdę to nie wiem jakim był człowiekiem ponieważ nigdy go bliżej nie poznałem. Po tym co usłyszałem szczerze go znienawidziłem.

Impreza zbliżała się do końca i ludzie zaczęli się rozchodzić. Było nastrojowo i romantycznie i w końcu Marlena została z Michałem sama. Wtedy doszło między nimi do zbliżenia. Na drugi dzień Marlena czekała na niego w swoim pokoju, myślała, że ich znajomość przerodzi się w poważny związek, ale się nie doczekała. Dla Michała to co się stało było tylko nic nie znaczącą przygodą.

Po jakiś dwu miesiącach zdarzyło się, że uczyli się razem przed egzaminem i znowu doszło do zbliżenia. Potem Michał proponował kilkakrotnie Marlenie niezobowiązujący seks, ale ona nie chciała o tym więcej słyszeć. Kierował ją niewątpliwie popęd seksualny ale również pragnienie miłóści i potrzeba związania się z kimś. Michał ją po prostu wykorzystał.

Teraz wiem, że takie rzeczy się zdarzają, zdarzały się i będą zdarzać i nie powinny przekreślać życia uwikłanych w nie osób, tak kobiet jak i mężczyzn. Marlena była bardzo wartościową, wspaniałą młodą kobietą, której po prostu przytrafiła się chwila zapomnienia. Michał zaś bezkrytycznie podążał za swoją naturą, zapominając o odpowiedzialności. Wtedy jednak bardzo przejąłem się tym co usłyszałem i nie mogłem tego faktu zapomnieć i przejść nad nim do porządku dziennego.

Niewątpliwie dało tu o sobie znać moje katolickie wychowanie, wpływ matki i uczestnictwo w oazie. Nie mogłem pogodzić się z faktem, że kobiecie, którą kocham i być może poślubię i z którą może będę miał dzieci przytrafił się taki epizod.

Przez cały nasz związek, aż do jego końca, gnębiło mnie to. Co pewien czas, zamiast zapomnieć o całej sprawie, wracałem do niej w rozmowach z Marleną, dręcząc je przeraźliwie. Był to silniejsze ode mnie. Powodowało to chęć rozstania się z moją kochaną przecież dziewczyną, a nawet myśli samobójcze. Z jednej strony nie miałem siły odejść od Marleny, z drugiej zaś nie mogłem zaakceptować tego co się stało. Pragnąłem zasnąć, a po przebudzeniu chciałem, żeby wszystko to okazało się nieprawdą. Nasze rozstanie uwolniło mnie od męczarni. Ale o rozstaniu później.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

 

 

00:06, slawekk1965
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 kwietnia 2015



                                 -69-

- Czy to jest obóz achalo..., archilo... lalogiczny? - nie mogłem wymówić porządnie nazwy i od razu rozeszła się plotka, że przyjechał nowy student z Polski, który w ogóle nie mówi po francusku. Po krótkim czasie zmieniono jednak zdanie o mnie.

Postanowiono mnie nakarmić. Byłem głodny jak wilk. Szybko jadłem podany mi ser. Moji gospodarze przerazili się jednak widokiem znikającego sera i ni stąd ni zowąd zabrali mi go. Ot francuska gościnność.

Potem nadeszły wspaniałe dni spędzane w słońcu, cały czas na świeżym powietrzu. Nasze obozowisko składało się z jednoizbowego budynku, który niegdyś służył jako posterunek włoskich żołnierzy, w którym spożywaliśmy posiłki oraz coś w rodzaju pola namiotowego, gdzie były rozstawione nasze namioty. Była tam jeszcze toaleta na świeżym powietrzu i zdewastowana chatka pasterska, w której spał Abdul – student z Algierii.

Szefem obozu był Thierry, młody francuz, mieszkający na stałe w Nicei. Jak się później okazało mieliśmy być skazani na siebie przez kolejny rok. Ale o tym później. Thierry chyba nie bardzo mnie polubił i vice versa.

Codziennie rano po śniadaniu wychodziliśmy w góry do pracy. Otóż w epoce brązu ludzie pierwotni zostawili w rejonie szczytu Mont Bego czyli w Dolinie Cudów oraz Dolinie Fontanalba grawiury na skałach. Za pomocą małych okrągłych rowków, czy dołków oddawali różne kształty. Były to najczęściej rogate głowy zwierząt lub bliżej nieokreślone powierzchnie pokryte drobnymi rowkami. Naszym zadaniem było odrysowanie danego kształtu na kalce, sporządzenie planu skały, na której się on znajduje i wypełnienie specjalnego formularza dla każdego z „rysunków” naskalnych. Cały obszar wokół obozowiska podzielony był na dziewiętnaście stref, dzięki czemu można było w razie potrzeby odnależć konkretne grawiury, przyporząkowane do danej strefy. Pracowaliśmy w grupach po dwie lub trzy osoby. Gdy padało siedzieliśmyw naszym budynku i przejadaliśmy pieniądze przydzielone na wykopaliska przez francuski rząd. Ogólnie rzecz biorąc praca była dosyć lekka i atrakcyjna – w malowniczej scenerii, na świeżym powietrzu. Szkoda tylko, że nie otrzymywaliśmy za nią poeniędzy. Pracowaliśmy jedynie za jedzenie.

Miałem 25 lat i nadal byłem prawiczkiem. Bardzo mi to przeszkadzało. Za ten stan rzeczy odpowiadały moje wychowanie i religijne poglądy ukształtowane w ruchu oazowym. Wydawało mi się, że wszyscy wokół to robią tylko nie ja. Światopogląd religijny nie sprawdzał się. Moja wiara zaczynała się osłabiać.

Na pewno trudno by mi było uwieść kogoś w Polsce, mówiąc po polsku. Tutaj jednak czułem się kimś innym, cały czas mówiłem po francusku. Miałem wrażenie, że gram we francuskim filmie. Pewnego wieczoru przy kolacji zacząłem rozmawiać z dziewczyną imieniem Marie-Madelaine. Miała osiemnaście lat i nie należała do piękności. Według mnie nie była jednak brzydka. Nasza rozmowa stawała się coraz bardziej frywolna. W pewnym momencie postanowiłem zaryzykować i zadałem pytanie, które usłyszałem gdzieś w filmie:

  • U mnie, czy u Ciebie?

  • U mnie. - odpowiedziała bez wahania.

Poszliśmy więc do jej namiotu i tu stało się to, co powinno się było stać kilka lat wcześniej. Oczywieście nie przyznałem się Marie-Madelaine, że to mój pierwszy raz. Tak więc straciłem cnotę w wieku 25 lat, na wysokości 2100 metrów nad poziomem morza we Francuskich Alpach Nadmorskich. Nie miałem poczucia winy, a wręcz poczucie dumy. Oprócz tego byłem zadowolony, że mam to już za sobą i należę do grona „normalnych” ludzi, a nie dziwaków.

Następnego dnia wieczorem znowu zaproponowałem seks Mairie-Madelaine, ale ta odmówiła, mówiąc, że jest zmęczona. Pomyślałem, że to już koniec mojej erotycznej przygody. Kolejnej nocy nic już nie mówiłem, tylko poszedłem spać. Tymczasem zanim zasnąłem usłyszałem, że ktoś przebywa obok mojego namiotu. Wyjrzałem – na pobliskiej skale siedziała Marie-Madelaine. Najwyraźniej chciała sprowokować mnie abym wyszedł, co też zrobiłem. Zaczęliśmy rozmawiać i znowu wylądowaliśmy w jej namiocie i sytuacja się powtórzyła. Po wszystkim najwyraźniej niezaspokojona dziewczyna poprosiła mnie, żebym sobie już poszedł. Podejrzewam, że postanowiła pomóc sobie sama. Poczułem się nienajlepiej, tak jakbym został wykorzystany.

Marie-Madelaine zależało tylko na seksie, jakiekolwiek uczucia były jej raczej obce. Poszukiwała wrażeń erotycznych. Przede mną próbowała bezskutecznie podrywać Marciana – przystojnego młodego polaka, oraz Abdula, prawdziwego muzułmanina, któremu wiara zakazywała seksu poza małżeńśtwem. W końcu poznała przewodnika górskiego z pobliskiego schroniska, „starego capa” po czterdziestce, który jako bardziej doświadczony ode mnie mógła jej „sporo” zaoferować. Wyprowadziła się więc do schroniska, a po kilku dniach wyjechała do Nicei. Nie bardzo mi było szkoda, że ją straciłem. Widocznie okazałem się nie najlepszym kochankiem. Najważniejsze było jednak, że miałem „to” za sobą.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

 

środa, 18 lutego 2015

                                -66-

Nieco później nastąpiły dość zabawne wydarzenia, które nazywam „prowokacją mleczną”. Otóż pewnej nocy, kiedy w trakcie swojego dyżuru na cieciówce przebywałem akurat w akademiku Fudżi Jung zaproponował mi, że odprowadzi mnie do pracy, ponieważ była wtedy piękna noc i miał ochotę się przejść. Wziąłem ze sobą butelkę mleka, by mieć na miejscu co pić.

Kiedy zbliżaliśmy się już do naszej budowy, a Fudżi Jung chciał wracać do akademika, przyszedł mi do głowy przewrotny pomysł:

  • Fudżi weź butelkę, zastukaj do baraku Zdzicha i powiedz, że jesteś roznosicielem i właśnie przyniosłeś mu mleko.

Fudżi Jung początkowo nie kwapił się by wykonać moją prośbę. Ale w końcu zgodził się. Zastukał do drzwi baraku, podczas gdy ja obserwowałem to zdarzenie schowany za koparką.

  • Słucham, o co chodzi? - Zdzicho otworzył drzwi wejściowe.

  • Ja być roznosiciel – Fudżi Jung udawał, że słabo zna polski. - Ja mieć mleko dla Pan. Pan być w mój rejon.

Sytuacja była absurdalna. Godzina pierwsza w nocy, pośrodku budowy, azjata przynosi mleko.

  • Ale ja nie zamawiałem mleka.

  • Ja musieć dostarczyć, ja musieć dostarczyć.

  • No dobrze. W takim razie wezmę je. - Zdzicho zabrał butelkę i oddał pustą na wymianę.

Rano, kiedy schodziłem ze swojej zmiany Zdzicho był pogrążony w zadumie.

  • O czym tak myślisz, Zdzichu? - zapytałem.

  • No wiesz, był tu umnie jakiś wietnamczyk o pierwszej w nocy i przyniósł mi mleko.

  • Zdzichu przestań pieprzyć. Wietnamczyk? O pierwszej w nocy? Po środku budowy? - udałem zdziwienie.

  • Wiesz, wietnamczycy są bardzo leniwi. Roznoszą mleko o pierwszej w nocy, by później spać do południa.

  • Aha. Ale ty nie zamawiałeś mleka.

  • No właśnie. I to mnie intryguje. - powiedział Zdzicho i dalej pogrążył się w zadumie.

Postanowiliśmy kontynuować naszą prowokację. Fu Dżi Jung trochę się opierał. Nie chciał robić w balona niewinnego człowieka, ale w końcu go przekonaliśmy z Markiem. Stworzyliśmy fikcyjną listę klientów sklepu, którzy zamawiali mleko. Na maszynie napisaliśmy adres i numer sklepu oraz umieściliśmy tam wiele fikcyjnych nazwisk z adresami, a pośród nich nazwisko Zdzicha z adresem budowy.

Tym razem podeszliśmy do baraku zdzicha w trzech: Marek, Fu Dżi Jung i ja. Razem z Markiem schowaliśmy się za koparkę, podczas gdy Fudżi Jung zastukał do drzwi. Otworzył Zdzicho:

  • To znowu Pan? - Zdzicho był zawsze grzeczny.

  • Ja przynieść mleko. - Fu Dżi Jung znowu zaczął z premedytacją kaleczyć polski język.

  • Ale ja nie zamawiałem mleka! Niech mi Pan da święty spokój. - wrzasnął Zdzicho.

  • Ja mieć lista. Pan być na lista. - I Fudżi Jung pokazał papier rozwścieczonemu Zdzichowi.

  • No rzeczywiście. Ja to muszę wyjaśnić. - Nowakowski wziął mleko i oddał pustą butelkę. Ja z Markiem rżeliśmy ze śmiechu za koparką.

Marek został na nocnej zmianie, a ja z Fudżi Jungiem wróciliśmy do akademika.

Potem opowiadał co się wydarzyło rano. Zdzicho wyszedł z baraku, zamknął go na kłódkę i gdzieś się udał na około piętnaście minut. Najrawdopodobniej poszedł do pobliskiego sklepu PSS Społem, tylko takie wtedy istniały. Oto jak wypadki mogły przebiegać:

  • Prepraszam bardzo – Zdzicho zwrócił się do ekspedientki. - Chciałbym wypisać się z listy osób zamawiających mleko.

  • Słucham? Jakie mleko? - odparła zdziwiona ekspedientka.

  • No wie Pani, codziennie o pierwszej w nocy Wietnamczyk przynosi mi butelkę mleka na budowę.

  • Jaki wietnamczyk? Jaką budowę?

  • No wie Pani, roznosiciel mleka.

  • Nasz sklep nie zajmuje się roznoszeniem mleka.

  • Ale on miał listę z moim adresem i nazwiskiem.

  • Panie przecież mówię, nie roznosimy mleka. Panie, daj mi Pan spokój i nie przeszkadzaj w pracy!

  • Ale wietnamczyk … - Zdzicho opuścił sklep.

  • Kryśka kto to był? - zapytała inna ekspedientka.

  • Jakiś wariat. Wietnamczyka sobie wymyślił.

Zdzicho wrócił do baraku, a Marek widział jak otwiera kłódkę i ciska ją z wściekłością o ziemię.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

 

środa, 21 stycznia 2015

                               -63-

Czułem się bardzo źle. Wydawało mi się, że jednostka antyterorystyczna z Dziewulskim na czele (W tym czasie nie znałem jeszcze jego nazwiska, a tylko twarz, ponieważ nie był on jeszcze wtedy postacią znaną z mediów) chce mnie zlikwidować jako niezwykle niebezpiecznego dla ustroju osobnika. Myślałem, że zabiją mnie w akademiku. Zachowywałem się dziwnie, przygotowując się do walki i być może śmierci.

Marek, który początkowo myślał, że się wygłupiam zorientował się iż ze mną jest coś nie tak. Zasugerował, żebym pojechał do domu. Zgodziłem się. Zaproponował, że odwiezie mnie na Dworzec Główny. Mieliśmy jechać autobusem z Ronda Wiatraczna. Kiedy szliśmy na przystanek miałem wrażenie, że jesteśmy śledzeni. Głęboko oddychałem i drżałem, ponieważ mogli zaatakować i zabić mnie w każdej chwili.

Wsiedliśmy do pociągu osobowego do Radomia czekającego na stacji Warszawa Główna. Obok nas przeszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna i usiadł niedaleko naszego miejsca. Pomyślałem, że to właśnie on ma nie zamordować. Nie wytrzymałem nerwowo i wysiadłem z pociągu.

Udaliśmy się w kierunku Dworca Centralnego. Tutaj znajdował się wtedy punkt pogotowia ratunkowego. Marek zadzwonił do wejścia, ale mężczyzna, który otworzył drzwi nie był zainteresowany udzieleniem mi pomocy.

W końcu trafiłem do baru nad kasami Dworca Centralnego. Marek zostawił mnie tu i poszedł szukać jakiejś pomocy. W barze doświadczyłem kolejnego urojenia. Teraz wydawało mi się, że jestem nie tylko Mesjaszem, który ma zbawić Polskę, ale wręcz samym Chrystusem, który powtórnie zstąpił na Ziemię by uratować ludzkość. Jego objawienie miało nastąpić o szóstej rano w barze na Dworcu Centralnym. Musiałem tylko pozostać żywym do tego czasu. Trzymałem więc cały czas gardę i kierowałem ją w stronę każdego przechodzącego obok mnie człowieka. Na szczęście nie zdecydowałem się na tzw. atak wyprzedzający, bo wtedy narobiłbym kłopotu sobie i innym.

Personel baru wezwał milicję. Przyszło trzech bardzo młodych funkcjonariuszy. Nie wiem dlaczego pokazałem im legitymację studencką oraz legitymację NZS-u.

Ich dowódca stwierdził, że jestem członkiem organizacji antypaństwowej i chciał mnie zaaresztować. Z drugiej strony jednak zorientował się, że mam „nie równo pod sufitem”. Zbliżała się godzina dziewiąta, czyli czas zamknięcia baru. Do szóstej rano było jeszcze daleko. Moja przepowiednia o objawieniu Chrystusa miała się nie sprawdzić.

W końcu podjechało pogotowie, a sanitariusze weszli na górę do baru. Sprowadzili mnie na siłę do karetki i pojechaliśmy do stacji pogotowia ratunkowego, gdzieś w centrum. Tu zostałem zbadany przez bardzo sympatyczną lekarkę i wysłany do szpitala psychiatrycznego w Ząbkach, do miejsca gdzie leczył się sam Edward Stachura – nasz poeta. Inną karetką pojechaliśmy na miejsce. Poczułem się w niej trochę bardziej bezpieczny. Gdy odjeżdzaliśmy pod szpital, podjechał tam również za nami duży fiat. Myślałem, że to Służba Bezpieczeństwa.

Najpierw znalazłem się na oddziale obserwacyjnym z jakimiś „kompletnymi świrami”, którzy cały czas potrzebowali nadzoru. Był wśród nich mężczyzna, który przypominał jednego z moich trenerów Leszka Drzewieckiego, o którym mówiło się, że pracuje w służbach specjalnych. Pomyślałem sobie, że to on w przebraniu, i że wszyscy ci schorowani mężczyźni to agenci czychający na moje życie. Trudno było mi się w tych warunkach zrelaksować i rozluźnić. A nawiasem mówiąc Leszek Drzewiecki rzeczywiście był członkiem służb specjalnych. Kilka lat później został zastępcą dowódcy „Gromu” i w tej funkcji wyjechał na misję na Haiti.

Szybko jednak przeniesiono mnie na „normalny” oddział. Nie pamiętam co się ze mną działo. W każdym razie obudziłem się zapięty w pasy. Wydawało mi się, że właśnie zaczyna się trzecia wojna światowa i że bombowce B-52 już lecą by zrzucić bomby na Związek Radziecki i Polskę. Potem wydawało mi się, że obce wywiady zamordowały mojego ojca. Mój mózg dostarczał mi nieprzeliczonych powodów do nieopisanego wręcz niepokoju. Potem sytuacja poprawiła się nieco pod tym względem. Przyjechał mój ojciec – cały i zdrowy.

Odpięto mnie z pasów i zacząłem swoje codzienne funkcjonowanie na oddziale. Towarzystwo było tu bardzo dobre – mniej lub więcej „ześwirowani osobnicy”. Był tu nawet chory lekarz psychiatra. Cały czas, na początku mojego pobytu miałem niewyobrażalny wręcz nadmiar energii. Niektórzy mówili na mnie nawet Energia. Robiłem pomki i przysiady trenowałem karate, oddychałem głęboko i intesywnie. Coś rozpierało mnie od środka. W miarę upływających dni i akumulowania się leków ten stan zaczął mijać.

W szpitalu spotkałem wielu interesujących ludzi. Janek, młody student, porządnie schorowany, pokazywał mi techniki kungu-fu. Staszek wrócił ze Szwecji. Odeszła od niego żona. Zachorował za granicą. Jego przypadłość polegała na tym, że budził się po nocy w okropnym stanie i twierdził, że go ktoś zgwałcił w czasie snu. Poza tym był zupełnie normalny. Był tam młody muzyk o niewiarygodnym wręcz słuchu. Znał trochę angielski. Z tego powodu był nawet trochę zarozumiały. Odkupiłem od niego książkę Szkutnika Think English i zacząłęm się z niej uczyć regularnie. Muzyk ten miał od czasu do czasu dziwne napady i lądował w pasach. Z tego powodu nie mógł nigdzie podjąć pracy. W późniejszym okresie mojego pobytu w szpitalu poznałem pewnego nauczyciela fizyki. Był rozwiedziony i mieszkał tylko z matką. Zachowywał się zupełnie normalnie. Lubiłem z nim rozmawiać, dawał mi coś w rodzju wsparcia w te trudne dni. Pamiętam jeszcze mężczyznę, który nic nie mówił. Prawdopodobnie był niemową. W moich urojeniach wydawało mi się, że jest izraelskim komandosem skierowanym do Polski i udaje, że nie mówi. Jego obecność miała mieć jakiś związek z moim pobytem w szpitalu. Dokwaterowano mi również do pokoju pewnego wysokiego, dobrze zbudowanego młodego mężczyznę, któremu trudno było przypisać jakąś przypadłość. Wydawało mi się, że jest funkcjonariuszem Służby Bezieczeństwa, który przybył do szpitala by mnie zgładzić. Spaliśmy na sąsiednich łóżkach. Nie bałem się go jednak, ponieważ wieżyłem w swoje siły i energię, która wtedy mnie wypełniała.

Po mniej więcej miesiącu mój stan był na tyle dobry, że wysłano mnie na przepustkę do domu. Tu nastapiło pogorszenie i leczenie rozpoczęło się jakby od nowa. Zima tamtego roku była wyjątkowo łagodna – jak dluga, kilkumiesięczna słoneczna wiosna. Wierzyłem, że ma to jakiś związek ze mną, że od tej pory zmienią się pory roku i nie będzie więcej zim. Mijały dni i moje urojenia zaczęły zanikać. Została jednak smutna rzeczywistość: straciłem rok na studiach i byłem chory. Miałem do tamtej pory nadzieję, że moje zaburzenia zdrowia psychicznego miały związek tylko i wyłącznie z okresem dojrzewania. Tymczasem prawda okazała się bardziej okrutna.

Piątego kwietnia oglądaliśmy w telewizji, w szpitalu w Ząbkach podpisanie porozumień Okrągłego Stołu. Moja walka z komuną dobiegła końca. Nie odczuwałem jednak szczęścia – byłem poważnie chory psychicznie i zdawałem sobie z tego sprawę. To przygnębiające przejście od Mesjasza, Chrystusa do schorowanego studenta niezdolnego w tamtym momencie do nauki. W takim smutnym nastroju opuściłem szpital i wróciłem do domu.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

czwartek, 15 stycznia 2015

                               -62-

Kłopoty ze snem trwały i pogłębiały się. Jako że już tak dawno nie miałem pszychozy i uznawałem się za zdrowego nie wiedziałem co się święci i nie robiłem nic by przeciwdziałać zbliżającej się klęsce. Nadal kupowałem towary na kolejny wyjazd i uczestniczyłem w gorącym wówczas życiu politycznym. Na zajęciach uniwersyteckich siedziałem nieobecny, życząc sobie by skończyły się jak najszybciej.

Stałem się nadzwyczaj srawny fizycznie. Na treningach wygrywałem wszystkie walki w bardzo dobrym stylu. Znacznie poprawiła się mi szybkość, z którą miałem zawsze problemy. Gdy robiliśmy wypady w przód, potrzebowałem tylko trzech by przemierzyć salę w poprzek, podczas gdy moi koledzy potrzebowali pięciu lub sześciu. W końcu w nocy trenowałem coś jakby kung fu, którego przecież nie znałem i do dzisiaj nie znam. Wydawało mi się, że opatrzność swą mocą przekazała mi znajomość tej sztuki walki. Kiedy wszyscy spali ja trenowałem wykonując dziwaczne ruchy, wzorując się na filmach z Brucem Lee. Wydawało mi się, że Bóg powołał mnie do walki o niepodległą Polskę i specjalnie do tej walki wyposażył.

Na uniwersytecie zapowiadał się jakiś więc. Miałem być w służbie porządkowej. I tak się też stało. Tym razem zamiast na małym dziedzińcu studenci zgromadzili się przed bramą uniwersytecką, zajmując ulicę Krakowskie Przedmieście, prawie pod Kościół Św. Krzyża. My jako służba porządkowa staliśmy na zewnątrz tłumu, niejako opasując go. Mieliśmy biało-czerwone opaski.

Zaczął się wiec. Na górze w oknie pomieszczeń samorządu studenckiego pojawiła się dumna i zaciekła twarz Hanisza. Nie miał ochoty zejść na dół i uczestniczyć w zgromadzeniu jak każdy inny. Miałem wrażenie, że napawa się władzą, choć w tamtym momencie raczej iluzoryczną.

To co najważniejsze miało się stać po zakończeniu wiecu. Po kilku przemówieniach, które w ogóle do mnie nie dotarły z powodu rozwijającej się choroby nawoływano do rozejścia się. Tymczasem Paweł Zdrojewicz, szef opozycyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej postanowił wykorzystać zgromadzony przez NZS tłum do swojego wiecu. Tak więc chłopcy ze studenckich służb porządkowych, między innymi ja, jak pasterskie psy „naganialiśmy” ludzi do opuszczenia Krakowskiego Przedmieścia by wrócili na uniwwersytet przez bramę główną, kiedy Zdrojewicz zaczął wznosić okrzyki rozpoczynając swój więc. Był mężczyzną wysokiego wzrostu i mocnej budowie ciała, a towarzyszył mu równie wysoki osiłek.

Poczułem, że coś jest nie tak. Prawdopodobnie zezwolenie na nasz wiec wydały władze, a NZS zobowiązał się do zachowania porządku. Wiec PPS-u oznaczałby więc, że sytuacja wymknęłąby się spod kontroli. Studecka służba porządkowa nie reagowała. Podszedłem do Zdrojewicza i jego towarzysza:

- Przestańcie, to jest wiec NZS-u. - powiedziałem w miarę stanowczo jak na swoje możliwości, rozstawiając szeroko ręce, tak jak by przeszkadzały mi rozrośnięte mięśnie pleców. Byłem sporo mniejszy od swoich oponentów.

- Ha,ha, ha! Będziesz nas bił? Co?

- Gówno! - strzeliłem szybko, nie zastanawiając się nad tym co mówię. Wtedy wtrącił się kolejny chłopak z NZS-u:

- Właściwie to on ma racje. Nie powinniście robić tutaj wiecu w tej chwili. - Poparli go kolejni studenci ze służby porządkowej i Zdrojewicz wycofał się. Kilka godzin później zorganizował wiec na Placu Zamkowym, który rozproszyła milicja. Gdyby jego wiec odbył się pod uniwersytetem, na pewno swym zachowaniem doprowadzili by do wkroczenia zomo, a NZS jako organizator całej tej imprezy straciłby swoją wiarygodność w oczach władz.

Mój stan się pogarszał. Czułem się wybrańcem Boga by wybawić naród polski z niewoli komunizmu. Byłem mesjaszem zapowiadanym przez romantycznych poetów Mickiewicza i Słowackiego. To byłem ja: czterdzieści i cztery.

Po zajściu na wiecu, filmowanym przez SB, jak przypuszczałem, stałem się „ważnym” wrogiem ustroju. Zacząłem obawiać się o swoje życie. Powoli zaczęła atakować mnie mania prześladowcza.

W tym czasie, w styczniu 1989, zdarzyło mi się przechodzić wieczorem przez Plac Zamkowy. Traf chciał, że maszerował tamtędy pododdział zomo po jakiejś akcji. Szli w lużnym szyku, całą grupą. Kiedy ich mijałem krzyknąłem głośno:

- Czwórkami barany! - i rzuciłem się do ucieczki ulicą Piwną. Nikt mnie nie gonił, ale bardzo się bałem. Wąskim przejściem dotarłem do ulicy Świętojańskiej, a potem wszedłem do katedry, do jej podziemi. Tutaj dopiero uspokoiłem się i wróciłem tramwajem do akademika.

Psychoza pogłębiała się. Ześwirowałem kompletnie. Gdy byłem w towarzystwie kolegów studentów kazałem chwytać się za rękę po czym wykonywałem pad yoko-ukemi na chodniku przed Pałacem Kazimierzowskim. Udając w ten sposób, że to kolega, który trzymał mnie za rękę wykonał na mnie rzut zakończony wywinięciem „orła”, czyli padem yoko-ukemi.

Żeby zrekompensować sobie zawód po utracie Zosi „dostawiałem” się do każdej dziewczyny, z którą rozmawiałem. Stawiałem je w trudnej sytuacji. Na szczęście, ze względu na mój stan, żadnej z nich nie udało mi się poderwać.

W przeddzień kolejnego happeningu, który miał odbyć się o godzinie piętnastej na zapleczu Domów Centrum, udałem się do kina na Grochowie by zobaczyć film „Pechowiec” z Gerardem Depardieu w jednej z głównych ról. Za mną siedziało dwóch łobuziaków z Pragi. Podczas jednej ze scen walki, kiedy Gerard Depardieu rozprawiał się ze swoim przeciwnikiem, jeden z chłopaków siedzących za mną wyrzucił:

- Teraz z bani go! - i rzeczywiście w tej samej chwili aktor uderzył swojego oponenta głową. Prażanin musiał „znać się na rzeczy” i właściwie odczytał ruchy walczącego.

Kiedy wychodziliśmy z kina, gdy wokół nas nie było już nikogo zaczepiłem dwóch chłopaków:

- Ty, dobry jesteś, wiedziałeś że uderzy głową. - Zdziwili się, że do nich mówię. Potem dodałem:

- Jutro za Domami Centrum coś będzie się działo. Będzie dużo milicji. Niech przyjdą najlepsze chłopaki z Pragi, tylko pamiętajcie najlepsi!

Moi rozmówcy zdziwili się, a ja na odchodnym zrobiłem coś, czym zaskoczyłem również samego siebie. Prawą ręką pacnąłem jednego z chłopaków przyjacielsko w nos, a lewą nogą wykonałem kopnięcie proste z obrotu (ushiro geri) i trafiłem drugiego z chłopaków delikatnie w brzuch. Zrobiłem to tak szybko, że nie zdąrzyli zareagować. Następnie oddaliłem się w stronę akademika. Widziałem tylko jak dwaj prażanie rzucili się do biegu i zginęli w ciemnościach.

Nastepnego dnia przed piętnastą udałem się na zaplecze Domów Centrum. Byłem oczywiście po nie przespanej nocy, którejś z rzędu. Nie miałem siły i poruszałem się bardzo wolno, jak na filmie w zwolnionym tempie, oddychając głęboko. Siadłem na murku udając, że śpię. Obserwowałem co się dzieje.

Rzeczywiście pojawiło się wielu młodych chłopaków, których fizjonomie niekoniecznie wskazywały na zainteresowania intelektualne. Prawdopodobnie nie byli studentami. Zaczęła się rozruba, w której radzili sobie bardzo dobrze. Milicja była niemalże bezradna. W końcu chłopcy wdrapywali się na coś w rodzaju betonowych palisad przykrytych drabinkami, które wtedy „przyozdabiały” to miejsce. Stamtąd wznosili okrzyki i mieli milicję gdzieś, ponieważ żaden z funkcjonariuszy nie miał ochoty wspinać się, by ich ściągnąć na ziemię. Happening skończył się w sposób naturalny i wyruszyłem do akademika.

Po wyjściu z autobusu szedłem najkrótszą drogą w stronę ulicy Kickiego, tą drogą, z której korzystali wszyscy studenci. Na rogu jednej z ulic stał chłopak, ten od „bani' Gerarda Depardieu. Był bardzo zdenerwowany i przestraszony. Nie pokazałam, że go znam, a kiedy go mijałem rzuciłem cicho:

- Dobrze było. - i poszedłem dalej.

Nigdy więcej tego chłopca nie spotkałem.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 

czwartek, 18 września 2014

                            -49-

W tym całym ruchu “niepodległościowym” było trochę elementów zabawnych. Na przykład podczas wieców na uniwersytecie należało do dobrego tonu wśród dziewcząt palić papierosa. Stanowiło to wyraz pewnej nonszalancji albo wyższego wtajemniczenia politycznego.

Pewnego dnia odbył się wiec po którym miały zostać wręczone postulaty rektorowi uniwersytetu, urzędującemu w Pałacu Kazimierzowskim. Tłum podszedł pod budynek. Wybrano jakąś dziewczynę by wręczyła postulaty rektorowi. Kiedy weszła do środka tłum zaczął rytmicznie skandować:

- Gdzie - jest - rektor!? Gdzie - jest - rektor!?

Na balkon wyszła ta sama dziewczyna i żartobliwie wykrzyczała:

- Nie - ma - rektora! Nie - ma – rektora!

Ciekawą formą manifestowania były happeningi, organizowane na wzór pomarańczowej alternatywy z Wrocławia. Zawsze był jakiś motyw przewodni, studenci często przebierali się, odgrywali scenki nawiązujące do sytuacji politycznej. Odbyło się wiele happeningów i nie pamiętam ich wszystkich. Czasem milicja w ogóle nie reagowała i pozwalała na przeprowadzenie imprezy od początku do końca. Na zakończenie jednej z nich w Ogrodzie Saskim dziewczęta fotografowały się nawet z kapitanem Majem dowódcą “eskortujących” nas oddziałów millicji. Innym razem funkcjonariusze interweniowali już na samym początku, nie pozwalając na rozwinięcie się imprezy. Lubiłem happeningi ponieważ po nich nie było takiego uczucia frustracji, jak po rozbitych demonstracjach.

Tej smutnej jesieni miały również miejsce zabawne wydarzenia. Otóż miał odbyć się happening 7 listopada upamiętniający rocznicę rewolucji październikowej. Organizatorzy nawoływali do ataku i zdobywania Pałacu Zimowego, który miały symbolizować warszawskie domy Centrum. Zachęcano do przyniesienia broni, czyli po prostu plastikowych zabawek dla dzieci.

Uzbrojeni w plastikowe pistolety wyruszliśmy na miejsce naszej walki. Była nas czwórka lub piątka, w tym Włodzio. Włodzio miał tę dziwną cechę, że w wieku 21 lat wyglądał na 50. Nie wiem z czym to było związane. Nie jest to w tej chwili istotne. Miał torbę, w której znajdowała się plastikowa broń. Byliśmy jak członkowie podziemia w czasie drugiej wojny światowej udający się na akcję. W pewnej chwili, w pobliżu miejsca zbiórki zostaliśmy zatrzymani przez patrol niemieckiej żandarmerii, tzn. patrol złożony z młodych zomowców.

- Pokaż co masz w tej torbie! - dowódca patrolu zwrócił się do Włodzia, którego mina wskazywała na to, że jest bardzo niedobrze. Milicjant wyciągnął plastikową broń z torby Włodzia, która natychmiast została zarekwirowana.

- Do kogo będziesz strzelać? Strzelania ci się zachciało!

Zamiast przewiezienia na Pawiak zostaliśmy puszczeni wolno, tyle, że bez broni Włodzia. Ja swój pistolet na strzałki miałem w wewntrznej kieszeni kurtki, na piersi i milicjanci go nie dostali.

Dotarliśmy wreszcie pod domy Centrum, ale tu funkcjonariusze, nie pozwalali na rozpoczęcie happeningu. Ciągle rozpraszali studentów i zabierali im broń i inne gadżety niezbędne rewolucjonistom. W pewnym momencie jednak udało nam się sformować większą grupę i zaczęły się okrzyki. Milicjanci natychmiast ruszyli do rozpraszania. Wyciagnąłem wtedy pistolet i strzeliłem. Strzałka trafiła młodego funkcjonariusza w szyję. Wyglądał na trochę speszonego, ponieważ tłum bardzo się ucieszył na widok trafionego milicjanta.

Oto właśnie tak zastrzeliłem funkcjonariusza stojącego na straży systemu i władzy ludowej. Było to jeszcze jedno z moich wielkich osiągnięć podczas okresu studiów. Wykazałem się refleksem, szybkością i zdecydowaniem, cechami którymi natura nie obdarzyła mnie zbyt chojnie.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

czwartek, 06 marca 2014

                               -34-

Od początku mojego pobytu w Warszawie zacząłem interesować się polityką. W akademiku prawie wszyscy byli opozycjonistami. Z wyjątkiem Ryśka, który pochodził z Bielska-Białej, nie ukrywającego swoich lewicowych poglądów. Zdaje się, że uważał się za trockistę, cokolwiek by to miało znaczyć. Zapisał się do prorządowego Zrzeszenia Studentów Polskich, zwanego przez studentów zsypem.

Tak więc prawie wszyscy nienawidzieliśmy komunizmu, czy socjalizmu, w każdym razie ustroju, który panował w naszym kraju. Za sprawą Waldka w naszym pokoju widniał napis A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści. Oczywiście jako zaangażowany katolik próbowałem ten napis usunąć, ponieważ nie licował z duchem ewangelii. Gdy jednak to robiłem, Waldek umieszczał ten napis na nowo.

Swoistym świętem w akademiku były demonstracje antyrządowe. Wybierała się na nie cała śmietanka opozycyjna i mniej znani antykomuniści, tacy jak ja. Ciekawą postacią z tamtych czasów był Dawid, czyli Pułkownik Wilk, jak go nazywano. Ten dużej postury chłopak nie opuścił żadnej demonstracji. Zawsze po “imprezie” zbieraliśmy się w jednym z pokojów akademika i dzieliliśmy się wrażeniami. Ja byłem zazwyczaj roztrzęsiony i podenerwowany, ponieważ demonstracje zawsze miały ten sam finał - zostawały rozproszone przez ZOMO. Po podzieleniu się wrażeniami, część chłopaków, beze mnie, z Pułkownikiem Wilkiem na czele rozpoczynała popijawę.

Pamiętam dobrze swoją pierwszą warszawską demonstrację 11 listopada 1986 roku. Jak zwykle zaczęło się od Mszy w katedrze Św. Jana. Po Boże coś Polskę utworzył się szpic demonstracji, złożony z najaktywniejszych jej uczestników. Udało się pokonać pierwszy szpaler zomowców u wylotu ulicy Świętojańskiej. Rozlaliśmy się po Placu Zamkowym. Dalej ruszyliśmy wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia. Celem demonstracji, zresztą nigdy nie osiągniętym aż do roku 1988, był Grób Nieznanego Żołnierza. Zanim zdołaliśmy dotrzeć do pomnika Mickiewicza zomowcy przegrupowali się I ruszyli do ataku. Tym razem byli skuteczni i demonstranci wycofali się w kierunku Placu Zamkowego, gdzie zostali rozproszeni, a demonstracja praktycznie dobiegła końca.

Podczas tych zajść cały czas wznosiliśmy okrzki. Najpopularniejsze z nich to: Tu jest Polska; Chodźcie z nami, dzis nie biją; Gestapo, Gestapo!

Podczas tej demonstracji miało miejsce kilka zabawnych incydentów. Jeden z chłopaków podczas ucieczki stracił buty i biegł na bosaka. Brak butów wskazywał na jego aktywny udział w demonstracji. Parę starszych kobiet doszło do wniosku, że znajduje się on w niebezpieczeństwie i otoczyły go zasłaniając przed zomowcami. Odprowadziły go następnie w bezpieczne miejsce.

Kolejny zabawny incydent miał miejsce na przystanku tramwajowym, przy tunelu Trasy W-Z. Zgromadzeni tam ludzie, przed odjazdem do domu wznosili jeszcze okrzyki. Na przystanek zeszło po schodach z Placu Zamkowego około dziesięciu zomowców, maszerując gęsiego. Pierwszy z nich był olbrzymem, a w środku kroczył zupełny maluszek. Wyglądali trochę śmiesznie. Gdy byli na jednym końcu przystanku drugi koniec odważnie wznosił okrzyki. Gdy przemieszczli się w jego kierunku ludzie przestawali krzyczeć, a pierwszy koniec zaczynał na nowo. Była to zabawa w kotka i myszkę.

W pewnym momencie nadjechał tramwaj. Wsiadło do niego kilku demonstrantów. Gdy już miał odjeżdżać jeden z mężczyzn wykrzyknął:

- Solidarność żegna wieś! - jako że zomowcy wywodzili się głównie ze wsi.

Jeden z funkcjonariuszy, który najwyraźniej poczuł się obrażony, zaczął biec za tramwajem. Miał wiele animuszu, dogonił czoło tramwaju i zastukał swoją pałką w szybę, nakazując tym samym motorniczemu zatrzymannie się. Po zatrzymaniu motorniczy otworzył jedne z tylnych drzwi. Inne jednak od tych, z których wydobył się obraźliwy okrzyk.

Nie zważając na to zomowcy wyciągnęli z tramwaju przypadkowego mężczyznę. Kazali mu rozstawić szeroko nogi i oprzeć ręce o barierkę. Wtedy ktoś z tłumu głośno powiedział:

- Co się gapisz ? Spierdalaj!

Mężczyzna jak na komendę szybko zareagował. Przeskoczył barierkę i co sił w nogach popędził w kierunku Mariensztatu. Po czym zniknął w ciemnościach.

Cdn.

Pozdrawiam serdecznie,

Sławomir Radomski

 
1 , 2
Tagi